wtorek, 21 kwietnia 2015

Rozdział 1 "Los"


    Odgłos kropli deszczu uderzających o leśne poszycie roznosił się wśród pustych ścieżek utworzonych przez zwierzęta. Póki co była to zaledwie nieszkodliwa mżawka, ale zapewne za niedługo przerodzi się w prawdziwą ulewę z piorunami.
    Blondynka siedziała spokojnie oparta o wnętrze jednego z wiekowych drzew. W pniu rośliny powstała sporych rozmiarów wnęka, która utworzyła naturalną jaskinię chroniącą przed deszczem oraz wiatrem, które w innym przypadku były by dość dokuczliwe.
    Po przebudzeniu się w nieznanym jej miejscu Arturia wyruszyła na zachód. Określenie właściwego kierunku nie było trudne, porównała mech rosnący na korach kilku drzew szybko odnajdując północ. Wędrowała więc przez las dopóki się nie rozpadało. W tym czasie udało jej się przebyć długą drogę. Według jej wyliczeń musiała pokonać już około piętnastu do szesnastu kilometrów. Była już wyczerpana, ale i tak jej zdaniem był to krótki dystans jak na niespełna dzień drogi. Wywnioskowała, że powodem jej utraty formy mogło być cudowne zasklepienie ran. Mimo to problem ten powinien rozwiązać się samoistnie z biegiem czasu, jeśli tylko będzie uwzględniać w rutynie dnia ćwiczenia. Wtedy powróci jej wytrzymałość oraz sprawność, którą wyćwiczyła już w dzieciństwie.
    Jej myśli zboczyły na temat, aktualnie znacznie istotniejszy. A mianowicie było nim pytanie: „Co dokładnie zrobił Graal?”. Jest to bardzo istotna kwestia. W końcu mógł on sprawić, że odrodzi się -bądź jeśli ktoś woli; zjawi się- w jakimkolwiek miejscu i linii czasowej. Osobiście nie zdziwił by jej taki rozwój wydarzeń –doświadczyła w życiu zbyt wielu niedogodności i kawałów losu aby wierzyć niematerialnemu bytowi, który nie posiada żadnych ograniczeń. Zresztą nie trudno jest wywnioskować, ze była dla niego czymś w rodzaju taniej rozrywki. Lecz mimo wszystko, po cichu, gdzieś głęboko w środku żywiła nadzieję, że jednak to jej świat. Tyle tylko, że z drobną zmianą w postaci braku jej osoby jako władcy Anglii.
    Nie rozumiała również do końca o co chodziło w tych ostatnich słowach. Na pozór całkowicie jasnych. Jednak w jaki sposób miała wpłynąć na wydarzenie tej rzeczywistości i jaką rolę dla niej przygotowano? W końcu aktualnie znajdowała się ona w środku puszczy, a sądząc po bardzo gęstej i bujnej roślinności zaliczała się ona również do tych za gatunku: niezgłębione.
    Poprawiła się w siedzisku z trawy, gdy poczuła nieprzyjemne mrowienie w nogach oraz pośladkach. Nie było w tym miejscu zbyt dużego pola do manewru, musiała więc zadowolić się wyprostem nóg. Zmuszona była jednak by po chwili powrotem je zgiąć.
    Krzyk. Wysoki, piskliwy głos przedarł się przez nieustannie bębniące krople. Coś musiało się stać. I to raczej nie byle co. Nie powinno jej to aż tak zainteresować, ale bez zastanowienia wybiegła z ciepłej i przede wszystkim suchej kryjówki. Jej sumienie i honor nie pozwolą da zignorowanie osoby w potrzebie. Zbyt wiele razy już na mniej oczywiste sygnały gnała na ratunek.
    Biegła tak szybko jak tylko pozwalał jej teren zarośniętej puszczy oraz zdrętwiałe ciało. Ignorowała deszcz, który ponownie zdążył porządnie zmoczyć jej ubranie. Gdy po nie całym kwadransie sprintu -jeśli można tak nazwać bieg łeb, na szyję- udało jej się wybiec na otwartą przestrzeń uderzył ją podmuch lodowatego wiatru, choć w tej chwili co innego zajmowało jej nerwy.
    Znajdowała się na poboczu leśnej drogi, prowadzącej z północy na południe. Na środku traktu grupa ośmiu rzezimieszków otoczyła przejeżdżających tędy czworo podróżnych. Choć w tej chwil, został już tylko jeden. Blondyn o ciemnej karnacji trzymał w dłoni złotą bransoletę, musiała ona należeć do zakapturzonej kobiety, którą brutalnie trzymał za prawy nadgarstek. Gdy tylko dziewczyna się szarpała, w próbie wyswobodzenia, zbir tylko coraz mocniej wykręcał jej rękę. Niewątpliwe było, że to właśnie jej towarzysze leżeli teraz martwi w błocie. Gdy się im przyjrzało można było dostrzec zbroję pod długimi płaszczami. Definitywnie troje żołnierzy nie poradziło sobie z atakiem z zaskoczenia. Niestety dla nich równe to było utracie życia.
    Arturia ruszyła do ciał nieboszczyków. Przemykała skrajem lasu uważając na każdy krok, aby nie narobić niepotrzebnego hałasu. Ponieważ jak dotąd została niezauważona i lepiej, żeby na razie tak zostało. Niefortunne było by gdyby została zaatakowana bez oręża, czyli możliwości obrony.
    Nieopodal jednego z denatów leżał krótki, obustronny miecz. Nie mając w obecnej sytuacji lepszego wyboru chwyciła za rękojeść oręża oraz jego pochwę, którą odpięła cichaczem od pasa nieboszczyka. Broń nie była zła, ale mogła by być trochę lepiej wykonana i jak dla kobiety inaczej wyważona. Zwróciła wzrok ponownie na grupkę ludzi, w czasie gdy podnosiła się z kucek. Ostrze zostawiła opuszczone, dzierżąc je w prawej dłoni.
 - W ten sposób nie traktuje się kobiety. – gdy się odezwała jej głos był twardy i na pewno nie pasował do drobnej postury jej ciała.
    Wszystkie oczy zwróciły się w kierunku mokrej wojowniczki. Mimo natrętnych spojrzeń nie speszyła się. Miała już za sobą o wiele bardziej stresujące sytuacje.
 - A kim ty jesteś, żeby mi mówić ja się zachowywać? Lepiej zmykaj stąd mały zanim popełnisz poważny błąd. – warknął jeden ze złoczyńców skryty peleryną przed zacinającym deszczem. Miał mokre blond włosy, niechlujny zarost oraz szramę przebiegającą przez policzek, a w prawej dłoni trzymał uprzednio pochwyconą biżuterie. U pasa miał przytroczony miecz. Wydawał się być szefem tej zgrai.
 - Nie jest to istotna kwestia. Powinieneś interesować się tym, że nie pozwolę na kontynuowanie waszej roboty. Więc dobrze wam radzę.. – jej głos stał się lodowaty, chłodniejszy nawet od wiatru i deszczu, a zielone oczy przeszkliły mężczyzn na wskroś - ..Puśćcie ją.
 - Co powiedziałeś chłystku?! – zawołał inny zbrodniarz.
 - Dokładnie to, co słyszeliście.
 - Dosyć! – warknął już zdenerwowany herszt bandy. – Doigrałeś się!
    Pchnął kobietę w ręce innego ze swych towarzyszy, a skradzioną bransoletę schował do wewnętrznej kieszeni filcowego płaszcza. Bez większych ceregieli dobył miecza u pasa i ruszył szarżą. Celem był lewy bok przeciwniczki. Mimo nie małej siły którą zyskał z rozpędu, Arturia stała spokojnie na rozstawionych nogach i sparowała atak. Przy czym wydobył się charakterystyczny dźwięk stykających się dwóch ostrzy. Uznała jednak rezultatu za zadowalający. Z powodu braku możliwości użycia lewej ręki musiał się bardziej wysilić, pokazało to także jej wciąż nieodzyskaną siłę. W ciosie czuć było, że mężczyzna nie ma zamiaru przegrać i zrobi wiele by otrzymać zadowalający efekt. W takim razie ona również nie musiała się patyczkować.
    Cios wyprzedzał, cios. Złoczyńca okazał się nie zgorszmy szermierzem, ale i tak popełniał dużo błędów. Choć by to, że w czasie natarć stawiał na siłę uderzenia i w ogóle nie starał się przechytrzyć przeciwniczki. Wydawało mu się, że jest od niej o wiele lepszy. Jakże się omylił. Mimo iż wyglądało na to, że stawia czoła zdegradowanemu żołnierzowi nie był on w stanie dorównać jej w sztuce fechtunku. Nawet jeśli jej stan fizyczny był dość opłakany.
    Gdy wymienili już kilka pomniejszych ciosów zdecydowała, że czas zakończyć tę farsę inaczej mogło by się to źle skończyć. Przez nieuwagę mogło by dojść do tragedii. Wycelowała więc w prawy bok, w miejsce tuż poniżej żeber. Cios został sparowany, ale herszt nie mógł przewidzieć jej kolejnego posunięcia. Błyskawicznie zmieniła kierunek odbitego ostrza unosząc je nieco wyżej, aby tym razem zaatakować ramię prawej ręki, cięciem po skosie, z góry. Rzezimieszek nie był w stanie na czas przesunąć ręki, mimo wykonanego kroku w bok. Jednak w momencie gdy już prawie przesądziła o zwycięstwie poczuła straszny ból rozchodzący się z tyłu głowy. W miejscu gdzie kręgosłup stykał się z czaszką. Wstrząs można by porównać jedynie do mocnego uderzenia tępym narzędziem, na przykład łomem. Tyle tylko, że ten ból był co najmniej dwukrotnej silniejszy. Trudno było jej utrzymać przytomność, zaczęło robić się słabo, a koncentracja na wykonywanym ataku spadłą do minimum.
    Ostrze minęło swój cel o zaledwie kilka milimetrów. Ból tak zaślepił jej umysł, że tylko dzięki instynktowi udało się wojowniczce uniknąć wymierzonego w nią cięcia zdesperowanego zbira, dzięki obniżeniu głowy ku ziemi oraz zgięciu kolan. Kierowana dokładnie tym samym przeczuciem, wręcz machinalnie odwróciła się za prawym ramieniem, wokół własnej osi. Wykorzystała przy tym impet poprzedniego ataku. Powtórnie się wyprostowała, a ostrze uniesione poziomo pofrunęło ku szyi mężczyzny, tnąc jak siekiera masło skórę oraz przecinając tętnicę. Z arterii wypłynęła świeża krew opryskując nieznacznie jej twarz i ubranie. Jednak zniknęła ona po chwili, spłukana deszczem.
    Blondyn jeszcze przez chwilę trzymał się na nogach, a jego oczy stały się szerokie z niedowierzania. Jednak zaszkliły się niedługo później, broń wypadła mu z ręki i osunął nie z pluskiem w kałużę. Woda zaczęła przebarwiać się w brudną, mętną czerwień. Zaskoczeni obrotem wydarzeń pobratymcy denata nie myśleli racjonalnie. W tedy zapewne otoczyli by na raz blondynkę i wykończyli liczbą, a nie uciekli do lasu z tym co udało im się już zwędzić. Byle dalej od drobnej osoby.
    Otumaniona Arturia nie miała już siły utrzymać się na nogach. Przyklękła na jedno kolano, chwiejąc się przy tym niebezpiecznie. Miała nieregularny, płytki oddech. Czuła zawroty głowy oraz rzadką w jej przypadku skłonność do wymiotów. Miejsce jej męki wciąż pulsowało i niemiłosiernie paliło żywym ogniem. Jej dłoń bezwiednie powędrowała w tamto miejsce, ale czułe opuszki palców nie wykryły żadnego uszkodzenia. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ból pochodzi z wewnątrz. Choć wciąż niemiała najmniejszego pojęcia co było jego przyczyną. Było by śmieszne gdyby okazało się, że jest to niezwykle bolesna migren. Ale to nie ta strona czaski. Ona nawet jeszcze w życiu nie miała migreny, a co dopiero takiej, którą można porównać do uderzenia młotkiem i to nie przez jakieś chuchro.
    Wypuściła ze świstem wstrzymywane powietrze, aby uspokoić nerwy i trochę ulżyć sobie w cierpieniu. Pomogło. Gdy już w zadawalającym stopniu ból ustąpił, a przynajmniej zelżał na tyle by móc go skutecznie ignorować, wyciągnęła rękę w stronę trupa. Wsunęła ją pod płaszcz byłego herszta i po chwili wyciągnęła złotą bransoletę. Złożona była z dwóch okręgów, połączonych ze sobą sześcioma pomniejszymi kółkami. Zacisnęła zęby gdy wstawała, lekko się jeszcze przy tym chwiejąc. Wolnym krokiem podeszła do kobiet z twarzą okrytą kapturem. Stała na deszczu z delikatnie rozchylonymi ustami – bo zresztą tylko je było widać spod szarego materiału okrycia oraz suknię bordowej barwy, która u swojego rąbka miała wyszyte, złote motywy roślinne i była wiązana z przodu ciemnym rzemieniem. Z jej mowy ciała można było wywnioskować wiele rzeczy, choć by zmartwienie i starach.
 - Dziękuję za.. – jej delikatny głos zaciął się, gdy prawdopodobnie spojrzała na ciało mordercy - ..Za przybycie mi na pomoc. Jestem ci niezmiernie wdzięczna za ten gest Pa.. - powtórnie urwała zdanie z lekko rozdziawionymi ustami, dopiero teraz lustrowała wzrokiem tajemniczego wybawiciela. Po chwili jednak skończyła zdanie nanosząc konieczną poprawkę, a jej głos nieznacznie wyrażała swoje zaskoczenie z nutą podziwu - ..Pani.
    Blondynka oderwała spojrzenie od cienia rzucanego przez kaptur i przekierowała go na siebie. Ach, tak. Jej ubranie było doszczętnie przemoczone. Nietrudno więc było dostrzec kobiecą figurę, zazwyczaj dobrze ukrytą pod luźnymi koszulami oraz bandażami, obwiązanymi wokół klatki piersiowej. Teraz jednak mokry materiał przylgnął do niej jak druga skór. To kolejna oczywista rzecz, na którą nie zwrócili uwagi uciekający bandyci.
 - Nie jest konieczne mnie tak nazywać My Lady. – zwrotu grzecznościowego powinna w tym miejscu użyć bezprecedensowo. Wnioskować można było łatwo, że wykwintny ubiór kobiety był definitywnie oznaką przynależności do wyższych sfer. Wojowniczka wyciągnęła bransoletę w stronę damy. – Mniemam, że ta rzecz jest troją przynależnością.
    Wzięła ostrożnie ozdobę i umieściła ją ponownie na lewym nadgarstku. Przy okazji obdarowując byłego króla wdzięcznym uśmiechem oraz skinieniem głowy. Jednak po chwili ponownie zmieniła mimikę na zamyślenie.
 - Jak więc się zwiesz moja wybawicielko?
 - O..! – Co miała jej na to odpowiedzieć? Nie mogła tak po prostu wyjawić swojego imienia, a tym bardziej nazwiska. W końcu obydwie musiały znajdować się w Anglii, inaczej nie mogły by rozmawiać po angielsku*. A przecież istniała możliwość, że Graal ją oszukał. W tedy był by to nie mały problem. Jednak Arturia miała wrażenie, że nieznajoma kobieta nie należała do tego typu dam dworu, których życiowym powołaniem jest obmawianie każdego oraz wszystkiego co się dzieje. Pod względem przeczuć ufała sobie bezgranicznie. – Madame, czy mogłam bym prosić o przysługę?
 - Cóż to takiego? – zapytała ewidentnie zdezorientowała jej zmianą tematu.
 - Mogła byś zachować moje imię, przynajmniej na razie, dla siebie? – czując niewypowiedziane pytanie dodała z wahaniem – Jest ono.. dość oryginalne.
 - Oczywiście, przynajmniej tyle jestem ci winna. – odpowiedziała przytakując.
 - Dobrze. – mruknęła biorąc przy tym głęboki oddech. – Arturia. To moje imię.
    Ciemność kaptura skamieniała, niewątpliwie gdyby było widać jej twarz była by ona w tym momencie trudna do odczytania. Niespodziewanie, chwilę później wybuchła niekontrolowanym chichotem uginając się w pół. Był to na pewno wielki kontrast dla pola potyczki i jej ofiar. Więc oczywiste, ze ta reakcja już kompletnie zmyliła wojowniczkę z tropu. Jednak po kilku minutach opanowała nagły napad śmiechu, choć widocznie przyszło jej to z trudem. Jej dłoń zniknęła pod kapturem, prawdopodobnie wycierając łzy.
 - Przepraszam, ale to po prostu zbyt wiele. – dobyła głosu zaraz poczynając wyjaśnienia – Chodzi o to, że to niezwykłe mieć imię tak złudnie podobne do króla Brytanii, które i tak jest jedyne w swym rodzaju, a do tego być tak biegłym w sztuce fechtunku, jak ty Arturio. To doprawdy niesłychane.
    Aby nie stać bezczynnie w tym nieszczęśliwym miejscu spoczynku oraz moknąć na deszczu obydwie kobiety zgodziły się, że trzeba czym prędzej stąd odejść. Nieme zgody obydwu stron przeniknęły powietrza i panie ruszyły zabłoconą drogą. Z początku nieznajoma wyraziła swoje zmartwienie na temat przemoczonych ubrań blondynki, ale ta powiedziała by to zignorowała.
 - Mogę spytać czemu przeprawiałaś się przez ten las z tak kruchą eskortą? Musiałaś być przecież świadoma niebezpieczeństwa. Więc skąd taki pomysł? – ciągnęłam wojowniczka, zmieniając tor rozmowy oraz starając się zrozumieć tok myślenia i emocje, którymi kierowała się, od teraz, towarzyszka podróży.
 - Och.. – kobieta widocznie się zmieszała – Widzisz, po północnej stronie lasu, w jednej z wiosek miałam się spotkać miałam się spotkać z ludźmi podległymi mojemu nażyczonemu. Rozumiesz, że mam wyjść za mąż, a mężczyzna, który został mi wybrany martwił się o moje bezpieczeństwo. Więc obiecał eskortę. Właśnie w tamtym miasteczku miałam się z nimi spotkać, tyle że przybyłam tam przedplonowo. Po dniu oczekiwania pomyślałam aby wyjść im naprzeciw, ale nie był to zbyt trafny pomysł. Jak pewnie sama zauważyłaś. – uśmiechnęła się zakłopotana ze słyszalnym smutkiem w głosie.
    Arturia zauważyła, że z rozmysłem unika wyjawienia jakichś dokładniejszych informacji na temat swojego przyszłego męża. Nie widziała jednak w tym nic dziwnego. Mało jaki głupiec ujawnił by takie informacje dopiero co napotkanej osobie, nawet która uratowała jej życie. Już nie trzeba przypominać, że nie robi się tego samotnie wędrującej kobiecie o niewiarygodnym talencie szermierczym. Trzeba by być chyba niesamowicie ufnym. Postanowiła więc nie drążyć już tego tematu.
 - Rzeczywiście. Sądzę wiec, że powinnam towarzyszyć Pani w przekraczaniu puszczy, przynajmniej aż nie znajdziemy tej wspomnianej eskorty. Powinni być w stanie cię rozpoznać. – po chwili namysłu dodała – Oczywiście jeśli nie jest to dla ciebie ciężarem My Lady.
 - Nie mogła bym prosić o twój czas i zaniechać twojej podróży..
 - Nie, to żaden kłopot. – zapewniła kręcąc głową. – Nie mam wyznaczonego celu. A po drugie, czuła bym się źle zostawiając damę w takiej sytuacji.
    Kobieta wsłuchiwała się w słowa , zdziwiona rzadką w tych czasach troską o drugiego człowieka – nieznajomego – oraz honorem, który niewątpliwie miała idąca obok osoba. Sama spotkała niewielką grupkę osób o podobnym usposobieniu i przekonaniach, a na pewno żadna z tych postaci nie była płci żeńskiej.
 - Dobrze więc. Nie sądzę, że jestem w stanie zmierzyć się z taką argumentacją. – odetchnęła powietrzem po burzy. – Skoro więc podróżujemy razem, ja też muszę się poprawnie przedstawić.
    Spod kaptura wyjrzała para błękitnych oczu, mieniących się w barwie oceanu.
 - Nazywam się Ginewra, księżniczka Cameliardu.
    Trudno jest dokładnie opisać co pomyślała mistrzyni miecza, ale pewne było, że już wie dlaczego miała takie znajome odczucie. „Ginewra.., jesteś zbyt ufna” przeleciało jej przez umysł w tej bombie wiadomości.



Dziękuję wszystkim za cierpliwość i już wyjaśniam to opóźnienie.
♦Mam szlaban od prawie dwóch tygodni i będzie trwać jeszcze do soboty ( w najlepszym wypadku...).
♦ Plus na początku maja jadę do Czech, a końcówka maja do 1 czerwca będę przebywać na Łotwie. Postaram się przepisać rozdział na najbliższy miesiąc, choć jest on dopiero "wymyślany", bo posiadam 1/3 strony zeszytowej.
Czekam na opinię i wasze cudne skojarzenia co do tego co się wydarzy dalej, albo jakieś pomysły. Zawsze jest szansa, że któryś sobie pożyczę. Oczywiście wcześniej zapytam. ^^
O i ten rozdział zajął praktycznie 5 stron World'a :)

~ Sarabi

2 komentarze:

  1. Tamten komentarz był lepszy, ale mniejsza. ;---; Nie dodał się. ;-----;


    Jak zwykle cudownie! Wspaniałe opisy, kochana Saber, dramaturgia, czcionka powiększona ( jak taki ślepok XD ). Już się nie mogę doczekać dalszego rozwoju akcji. Te walki, ta epickość. Awwwww, Capprieter już na to czeka. *^* Poza tym ta tajemniczość.
    Oby na tych wycieczkach się wena wzięła i być coś nam tutaj wygrawerowała bo ci inaczej tego nie wybaczę. ;_; <3
    Ehm, nie wiem co jeszcze napisać. Po prostu B-A-R-D-Z-O mi się podobało. ^^

    ~ Czarodziejka Słowa pozdrawia i życzy weny. ;3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Cappri, gdyby jeszcze inni odwiedzający komentowali tak jak ty to bym ich wyściskała i pewnie nie wytrzymała ze szczęścia. ^^
      I wenka zawsze się przyda, nawet nie wiesz jak trudno było mi rozpocząć dialog w kolejnym rozdziale -i tak uważam, że jest denny i pozmieniam go przy przepisywaniu, bo mnie wtedy olśni xD
      Dzięki Czarodziejko ^ o ^

      Usuń