czwartek, 25 czerwca 2015

Rozdział 2 "Poszarzałe niebo"

    Słońce świeciło z zapalczywością, przebijając się przez ciemne liście i tworząc żółto-zielone plamy światła na wilgotnej ziemi. Kopyta wystukiwały stłumiony rytm na trakcie. Droga była dość przeciętna jak na tak rzadko odwiedzaną część puszczy. Szlak był tak szeroki, że mogły by nim podążać równolegle ze siebie dwa konie oraz piechur, ewentualnie wyminąć się dwa mniejsze wozy. Choć w tedy istniała by szansa, że się zaklinują.
    Na grzbiecie młodego ogiera siedziały dwie kobiety, wyższa z przodu, a niższa za nią trzymając wodze. Wczorajszego wieczoru udało im się pochwycić siwka, który według słów księżniczki należał do jednego z jej żołnierzy. Wspólnie uznały, że mogą sobie przywłaszczyć konia oraz jego juki, z których blondynka wyjęła zielonkawy płaszcz z kapturem i zarzuciła go sobie na ramiona. Nie był już potrzebny aby bronić przed deszczem, który i tak zostawił ją wczoraj przemoczoną, a osłaniał przed kąśliwym wiatrem. A przeszkadzał on jej tym bardziej za powodu przemoczonych ubrań.
    Arturia odwróciła wzrok od drogi i przekierowała go na profil twarzy Ginewry. Księżniczka nie bezpodstawnie była uwielbiana przez pospólstwo oraz szlachcian, którzy z uporem starali się o jej rękę. Przyszła Pani na Camelocie miała dość owalną twarz, o delikatnych rysach, starannie wyrzeźbionych w jej lekko opalonej cerze.  Jej oczy przyciągały swoją czystą, błękitną barwą, przywodzącą na myśl fale oceanu, a jej wzrok, mimo niosącego ze sobą ciepła pokazywał również szlachetność jej pochodzenia. Te dwa topazy zostały otoczone obwódką z długich, czarnych rzęs, a policzki kobiety zawsze miały na sobie delikatny, różowy rumieniec. Włosy sięgały jej do bioder spływając rudo-brązowymi falami wzdłuż szczupłej talii. Upięła niektóre, przednie kosmyki, zaplecione w warkocze, z tyłu głowy srebrną klamrą. Księżniczka miała na sobie, długą suknię koloru przekwitniętych róż, z długimi rękawami, dekoltem w szpic oraz tego samego koloru serdak. Obydwie części garderoby zostały ozdobione zdobieniami, wykonanymi złotą nicią, przedstawiając w ten sposób wzory kwitów i pędów roślin. Do tego wszystkiego była przystrojona ozdobami, choć nie przesadzonymi. Miała również podróżne buty i wełniany płaszcz, który wcześniej tak skutecznie ukrywał jej tożsamość.
    Księżniczka posiadała delikatną naturę i charakter pełen nieograniczonej troski oraz ufności. Choć nie należała do strachliwych osób. Osądzenie jej jest sprawą prostą, gdyż okazuje wszystko powierzchownie, lecz mimo to należy do osób, które potrafią zaskoczyć.
 - Arturia? – z myśli wyrwał ją głos ciemnowłosej, która patrzyła na nią przez ramię.  – Wszystko w porządku?
 - Tak. Czemu pytasz, Pani?
 - Mówiłam żebyś mówiła mi po imieniu, a nie używała tytułów. – skarciła delikatnie z uśmiechem, lecz już po chwili posmutniała i odezwała się zatroskana – Miałaś taki smutny wyraz twarzy, jak byś rozmyślała o bardzo starym znajomym.
 - Trafiłam? – zapytała gdy dostrzegła rozbłysk w oczach wojowniczki.
 - Mniej więcej. – kąciki jej ust uniosły się nieznacznie, myśląc o tym paradoksie. To miło widzieć, że jej przyjaciele żyją i mają się dobrze. Mimo iż na razie udało jej się spotkać tylko jednego, a właściwie jedną.
    Znów zapadła przyjemna cisza, którą przerywały tylko i wyłącznie odgłosy natury. Świeciło jasne, ciepłe słońce oraz wiał delikatny wietrzyk, który porywał w tan złociste liście. Tym razem odezwała się blond włosa, bacznie wpatrzona w zakręt Ścieszki.
 - Konie… - stwierdziła przyciszonym głosem – I to dwa.
    Księżniczka nastroszyła uszu, starając się wychwycić konkretny odgłos. Lecz dopiero po mocnym skupieniu i kolejnych pokonanych metrach dosłyszała stukot kopyt. Jednak i tak był on dość mocno stłumiony przez zmiękłą glebę.
    Spojrzała na wojowniczkę kątem oka, co było możliwe, bo siedziała na koniu w tak zwanym  „damskim stylu”. Wydało jej się to niesamowite. Nie patrząc już na umiejętności szermiercze, jak dobry i wyczulony musiała mieć słuch? Czy kiedyś, w przeszłości, ćwiczyła tę umiejętność? Jeśli tak, to zapewne musiała być równie wyśmienita w polowaniach. Nie wykluczone, że to była jedna ze sztuk, w której pobierała nauki. Było by to sensowne wytłumaczenie, ale wciąż pozostawała jej płeć…
    Ginewra otrząsnęła się z myśli, karcąc się za swoje roztrzepanie. W tamtym momencie zza zakrętu zaczęły wyłaniać się dwie postawne sylwetki na koniach. Obydwoje zatrzymali swoje wierzchowce, gdy dostrzegli kobiety, które postąpiły w ten sam sposób – ściągając wodze siwka.
    Brunetka przez chwilę przyglądała się mężczyzną, tak samo jak blondynka, która usilnie starała się nie wypowiedzieć ich imion na głos oraz powstrzymywała się od rozszerzenia źrenic. Taki wpływ wywarli na nich rycerze.
 - Lady Ginewra. – wypowiedział niższy, choć wciąż wysoki mężczyzna, o jasnych włosach splecionych w cztery warkocze z tyłu głowy, a pod jego prostą grzywką rozjaśniły się fiołkowe oczy, gdy zrozumiał kogo ma przed sobą.
   Po chwili, do jego wyrazu twarzy dołączył się również drugi rycerz o ciemnych włosach, które lśniły fioletem. Obydwoje czym prędzej zeszli z koni, więc i Arturia zsunęła się z siodła, a gdy stanęła na ziemi podała dłoń Ginewrze, aby i ona mogła postąpić tak samo.
    Gdy wszyscy znaleźli się na trakcie wojownicy przyklęknie na jedno kolano pochylając przy tym głowy i przykładając prawą dłoń do napierśników. Nawet w takim miejscu zachowali należną etykietę. Księżniczka wykonała kilka kroków w przód i gestem nakazała im aby wstali.
 - Cieszę się, że udało nam się spotkać. Czy mogłaby poznać imiona rycerzy, którzy przybyli mi na spotkanie?
 - To jest sir Lancelot du Lance, a mnie zwą sir Bedivere. Rycerze Okrągłego Stołu. - przedstawił ich jasnowłosy mężczyzna gdy podnieśli się z klęczków, wskazywał przy tym ręką na czarnookiego towarzysza. Obydwoje wydawali się zaniepokojeni, choć nie czynili niczego pochopnie. Ich głowy był czymś zaprzątnięte.
 Przepraszam My Lady, ale czy nie powinnaś przebywać z obstawą? Możliwe, że coś się stało? – wyraził swoje zaniepokojenie drugi. W jasnej zbroi, z hełmem przytroczonym do końskiego siodła.
 - Ych, widzicie panowie.. zdarzył się wypadek.. – księżniczka była zdecydowanie zmieszana, z tego też powodu użyła dość nietrafne go określenia. Jej uczucia były na pograniczu zażenowani, z powodu zaistniałej sytuacji, oraz smutku, który wywołany był myślą o niepotrzebnej śmierci. – Niestety moi towarzysze zginęli z rąk bandytów.
    Słowa poruszyły przybyszami, którzy wymienili pośpieszne spojrzenia. Ta informacja na pewno nie przyprawiła ich o dobre myśli.
 - Nic się księżniczce nie stało? Jeśli możemy wiedzieć, to co się dokładnie wydarzyło? - dopytywał się ciemnooki. Musieli zdobyć informację na ten temat.
 - Nic mi nie jest. Zanim cokolwiek mogło się wydarzyć zostałam wybawiona, a po śmierci herszta, jego banda uciekła siną w dal. – zapewniała. Lecz rycerz dostrzegł lukę, którą specjalnie, czy też nie popełniła księżniczka. Jednak, to niedopatrzenie było kluczową rzeczą.
 - Kto go pokonał? – pytanie padło z ust Bedivere, który bacznie wsłuchiwał się w wymianę zdań, również martwiąc się o dobro Ginewry.
    Wychowanka Cameliardu lekko się spięła. Nie wiedziała jak miała to wszystko wytłumaczyć, choć może nie wszystko, a tylko tą jedną, teoretycznie, nieważną kwestie. Obiecała zachować sekret swojej wybawicielki, ale przecież rycerze chcieli jej dobra. Więc jak miała postąpić? Powiedzieć prawdę, mimo że mogą przyjąć to jako żart -sama pewnie nie zareagowała by lepiej, gdyby nie widziała tej sceny walki na własne oczy-, czy może skłamać… Nie była jednak dobra w łgarstwie, to jedna z jej słabych stron, bo wręcz nienawidzi oszustów. Sama zresztą została wychowana, w taki sposób by zawsze być szczerą wobec siebie, a tym bardziej innych. W takim razie…
 - Oto i moja wybawczyni. Możecie mówić jej.. – przesunęła się o krok w bok, aby ukazać stojącą niedaleko za nią Arturie. Przy tym oświadczeniu wykonała gest lewą dłonią wymownie wskazując na kobietę i nie pozostawiając nieporozumień. – ..Orea.
    Ginewra uśmiechnęła się szczęśliwa. Praktycznie pękła z dumy, że udało jej się wymyślić tak trafny przydomek dla blondwłosej oraz wybrnąć z tej sytuacji.  W końcu nauka łaciny nie poszła na marne. Przecież „ore” oznacza ostrze, więc to idealne, tymczasowe, imię dla Arturi. Miała tylko nadzieję, że wojowniczka nie będzie zła z powodu jej samowolki, przy dość osobistej sprawie. W końcu wybór imienia, to nie drobnostka. Nawet jeśli nie jest ono prawdziwe, to i tak będzie używane.
    Blondynka, choć chwilowo zaskoczona, zrobiła krok w przód i pochyliła głowę z szacunkiem, przed obydwoma wojownikami, pochylając się przy tym nieznacznie do przodu. W tym samym czasie spotkała się wzrokiem z Ginewrą i lekko się uśmiechnęła, zadowolona z próby utrzymania jej tożsamości w tajemnicy.
 - Orea, to tylko przezwisko. Moje prawdziwe imię to Arturia, wolała bym jednak by zwracać się do mnie przydomkiem. Oczywiście jeśli nie jest to problem dla tak wysoko postawionych dostojników. – Pani szermierz wiedziała, że może zaufać obydwu z tych fechtmistrzów. Mimo, że pewnie oni jej teraz nie ufali. Była tego wręcz stuprocentowo pewna, bo zbyt dobrze znała ich obu.
- Właśnie, Arturio! – księżniczka odwróciła się w jej stronę, z widocznymi iskrami zapału w oczach – Czy była byś tak miła i została ze mną aż dotrzemy do Camelotu? Nie czuję abym spłaciła dług wobec twojej osoby. Chyba, że jednak, mimo twoich wcześniejszych słów, śpieszysz w jakimś konkretnym kierunku?
    Blondynka patrzyła na księżniczkę, w duchu uśmiechając się radośnie. Nic, a nic się nie zmieniła. Ciągle była w stanie obrócić sytuacje na swoją korzyść i wygrać potyczki na słowa. Właśnie ta umiejętność była jakże przydatna na monarszych dworach oraz znienawidzona przez pysznych urzędników, którym nie było w smak przyznać rację kobiecie. Nawet jeśli była to wysoka księżniczka Cameliardu oraz przyszła królowa Anglii.
 - Skoro Waszej Wysokości tak bardzo zależy na mojej obecności, to  z chęcią dotrzymam jej towarzystwa. Bo jak już księżniczka zwróciła uwagę, nie mam obranego konkretnego celu podróży.
 - Mam nadzieję, że Obecność Orei nie będzie dla was obciążeniem, Rycerze Okrągłego Stołu.
    Rycerze, do tej chwili milczący, spojrzeli na siebie kątem oczu, gdy usłyszeli całość wypowiedzi. Obydwoje byli niepewni, czy słowa są prawdziwe, ale nie im wątpić w prawdomówność księżniczki, która miała wyjść za króla tego kraju. Przytaknęli więc oboje, choć z brakiem zbytnich odczuć co do całej, zaistniałej sytuacji, że nie jest to żaden problem.


    Droga która jeszcze niedawno wiła się wśród prawie wyschniętych krzewów oraz różnego gatunku drzew, wyprowadziła teraz czwórkę wędrowców na otwartą przestrzeń. Mimo iż za nimi wciąż widać było ciemności lasu, gdy patrzyli przed siebie widzieli nieograniczone połacie łąk, które o tej porze roku przybrały już złocisty kolor, oraz setki garbów starego dziadka Ziemi, na które wspinała się szersza teraz droga.
    Słońce wisiało już nisko nad horyzontem ubarwiając świat w żywe barwy czerwieni i pomarańczu. Podróżowali równym tempem, od czasu wyjazdu mając kilka krótkich postoi aby nakarmić wierzchowce oraz rozprostować zdrętwiałe kończyny, które powodowały trudno znośny ból, znany każdemu jeźdźcowi. Ich kolejny postój miał być w wiosce nieopodal wyjazdu, z traktu prowadzącego w głąb lasu. A że dopiero co opuścili dach liści powinni dotrzeć do osady w ciągu pół godziny, utrzymując to samo tępo. Jednak pewna specyficzna rzecz spowodowała momentalne wstrzymanie wierzchowców i chwilowe trwanie w bezruchu.
    Nad najbliższym wzgórzem unosiła się wielka smuga dymu, wciąż dobrze widoczna, lecz już powoli zacierająca znaki swojego istnienia.  Jak za sprawą jakiejś niewypowiedzianej na głos komendy podróżni spięli wodze i czym prędzej wspinali się na szczyt dużego wzgórza, które zasłaniało im dotychczas całościowy widok. U szczytu wzniesienia powtórnie się zatrzymali, zdruzgotani widokiem, malującym się wśród obumierających traw.
    Ich wzrok przewędrował w dół, po szarobiałej wstędze dymu do wielkiej, czarnej, wypalonej dziury. Z tej odległości nie wydawała się ona ogromna, ale gdy skupiło się maksymalnie wzrok można było zobaczyć ważne fragmenty tej groteskowej sceny. Domy, a raczej ich zgliszcza. Jedynie kilka tych budowli przypominało w większej części budynek. Nie trudno było zrozumieć, że miał miejsce pożar. Ogromny, wszechogarniający pożar. Dwaj rycerze starali się podjąć jak najbardziej trafną decyzję.
 - Ja zostanę tutaj i rozbiję obóz. – powiedział Lancelot, musiał chronić księżniczkę, tak jak jego towarzysz. A narażenie jej na niebezpieczeństwo, biorąc na rekonesans w środek tragedii na pewno nie było mądrym posunięciem. Bedivere przytaknął więc, zgadzając się na przeznaczone mu zadanie.
 - W takim razie ja pojadę sprawdzić co się stało.
 - Chwila! – wykrzyknęła wojowniczka, przerywając w próbie odjazdu rycerza. Ciągnąc swoją wypowiedź użyła już zwyczajnego tonu. – Z całym szacunkiem Panie, ale to niemądre jechać samemu w tamto miejsce. Na pierwszy rzut oka widać, że to co się tam wydarzyło nie było przypadkowe.
    Arturia patrzyła mężczyźnie prosto w fiołkowe oczy, przekazując informacje, że zdaje sobie sprawę ze stosunków co do jej osoby. Nie chciała się narzucać, ale los sam wybrał swój bieg. Kroczyła więc zgodnie z nim, a Bedivere, mimo iż sam nie był zbyt zadowolony, zrozumiał co chodziło kobiecie po głowie.
 - Nie mogą wziąć ciebie, ani Lancelota ze sobą. Ktoś musi strzec księżniczki. – niechęć mimo iż niesłyszalna w głosie była widoczna w oczach rycerza. Nie ufał jej. A blondwłosej nie dziwiło to odczucie wobec jej osoby.
 - Mimo wszystko, nalegam. – ton jej głosu zmienił się, nie miała zamiaru ustąpić – Mimo mojej płci jestem w stanie się bronić i to na pewno dłużej, niż przeciętna kobieta. A nawet, jeśli uważasz, że nie powinnam używać broni –jeśli oczywiście była by ona potrzebna-, to mogę przynajmniej pilnować twych pleców.
    Jasnowłosy zamilkł na chwilę, nie miał zamiaru brać ze sobą nieznajomej, z więcej niż jednego powodu. Narażanie kobiety na niebezpieczeństwo było by plamą na jego honorze, ale jednak. Orea miała rację, że nie powinien wyruszać w samowolkę. Nie weźmie ze sobą Lancelota, gdyż obydwoje nie do końca ufają tej kobiecie i nie zostawią jej samej z przyszłą królową. A do tego jej oryginalny charakter…
 - Dobrze, ale nie masz się oddalać. – mimowolnie westchnął. Kobiety kiedyś go wykończą. Zawrócił konia i ruszył galopem, wcześniej jedynie rzucając okiem na Arturię, czy aby na pewno jedzie za nim.
    Kobieta również popędziła galopem, gdy już księżniczka zsiadła z jej wierzchowca. Obydwoje chcieli jak najszybciej dotrzeć do centrum nieszczęścia i powrócić nim zapadnie kompletna ciemność. Po chwili zrównała się ona z rycerzem, jednak tylko na tyle aby być blisko w razie potrzeby.

    Miała bardzo złe przeczucie, co do tego wypalonego miejsca, piekła dla mieszkańców miast. Po plecach przeszedł jej nieprzyjemny dreszcz, o oczy zwęziły się na punkcie podróży. Już za niedługo dowie się, czy aby słusznie się martwiła.


Tak, skończyłam! Udało mi się i mam nadzieję, że mimo braku jakiejś walki, sam rozwój wydarzeń was zaciekawił. Bo trudno było mi stworzyć tu ciekawe dialogi, które zainteresują równie mocno jak porządna akcja, której na pewno nie zabranie w najbliższym rozdziale, który będzie już w kolejnym miesiącu ^^
Chcę również przeprosić, że jednak nie dodałam tego rozdziału w maju, ale wtedy miałam z pięć wyjazdów, więc rozumiecie. Niechęć do robienia czegokolwiek...
Mam nadzieję, że ktoś skomentuje, może być to coś motywującego, lub coś co sprawi, że schowam się w koncie i zacznę płakać. Ja chce komentarze więc spróbujcie! Na pewno przydadzą mi się słowa motywacji!
Więc proszę, aby czytelnicy (koś tam to czyta więc chyba mogę się tak zwrócić...) napisali jaki fragment, bądź też postać im się najbardziej podobała w bieżącym rozdziale lub tym poprzedzającym. Wiem, że was na to stać <3

~Sarabi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz