Słońce świeciło z zapalczywością, przebijając się przez ciemne liście i
tworząc żółto-zielone plamy światła na wilgotnej ziemi. Kopyta wystukiwały
stłumiony rytm na trakcie. Droga była dość przeciętna jak na tak rzadko
odwiedzaną część puszczy. Szlak był tak szeroki, że mogły by nim podążać
równolegle ze siebie dwa konie oraz piechur, ewentualnie wyminąć się dwa
mniejsze wozy. Choć w tedy istniała by szansa, że się zaklinują.
Na grzbiecie młodego ogiera siedziały dwie kobiety, wyższa z przodu, a
niższa za nią trzymając wodze. Wczorajszego wieczoru udało im się pochwycić siwka,
który według słów księżniczki należał do jednego z jej żołnierzy. Wspólnie
uznały, że mogą sobie przywłaszczyć konia oraz jego juki, z których blondynka
wyjęła zielonkawy płaszcz z kapturem i zarzuciła go sobie na ramiona. Nie był
już potrzebny aby bronić przed deszczem, który i tak zostawił ją wczoraj
przemoczoną, a osłaniał przed kąśliwym wiatrem. A przeszkadzał on jej tym
bardziej za powodu przemoczonych ubrań.
Arturia odwróciła wzrok od drogi i przekierowała go na profil twarzy
Ginewry. Księżniczka nie bezpodstawnie była uwielbiana przez pospólstwo oraz
szlachcian, którzy z uporem starali się o jej rękę. Przyszła Pani na Camelocie
miała dość owalną twarz, o delikatnych rysach, starannie wyrzeźbionych w jej
lekko opalonej cerze. Jej oczy przyciągały
swoją czystą, błękitną barwą, przywodzącą na myśl fale oceanu, a jej wzrok,
mimo niosącego ze sobą ciepła pokazywał również szlachetność jej pochodzenia.
Te dwa topazy zostały otoczone obwódką z długich, czarnych rzęs, a policzki
kobiety zawsze miały na sobie delikatny, różowy rumieniec. Włosy sięgały jej do
bioder spływając rudo-brązowymi falami wzdłuż szczupłej talii. Upięła niektóre,
przednie kosmyki, zaplecione w warkocze, z tyłu głowy srebrną klamrą.
Księżniczka miała na sobie, długą suknię koloru przekwitniętych róż, z długimi
rękawami, dekoltem w szpic oraz tego samego koloru serdak. Obydwie części
garderoby zostały ozdobione zdobieniami, wykonanymi złotą nicią, przedstawiając
w ten sposób wzory kwitów i pędów roślin. Do tego wszystkiego była przystrojona
ozdobami, choć nie przesadzonymi. Miała również podróżne buty i wełniany
płaszcz, który wcześniej tak skutecznie ukrywał jej tożsamość.
Księżniczka posiadała delikatną naturę i charakter pełen nieograniczonej
troski oraz ufności. Choć nie należała do strachliwych osób. Osądzenie jej jest
sprawą prostą, gdyż okazuje wszystko powierzchownie, lecz mimo to należy do
osób, które potrafią zaskoczyć.
- Arturia? – z myśli wyrwał ją głos
ciemnowłosej, która patrzyła na nią przez ramię. – Wszystko w porządku?
- Tak. Czemu pytasz, Pani?
- Mówiłam żebyś mówiła mi po imieniu, a nie
używała tytułów. – skarciła delikatnie z uśmiechem, lecz już po chwili
posmutniała i odezwała się zatroskana – Miałaś taki smutny wyraz twarzy, jak
byś rozmyślała o bardzo starym znajomym.
- Trafiłam? – zapytała gdy dostrzegła rozbłysk
w oczach wojowniczki.
- Mniej więcej. – kąciki jej ust uniosły się
nieznacznie, myśląc o tym paradoksie. To miło widzieć, że jej przyjaciele żyją
i mają się dobrze. Mimo iż na razie udało jej się spotkać tylko jednego, a
właściwie jedną.
Znów zapadła przyjemna cisza, którą przerywały tylko i wyłącznie odgłosy
natury. Świeciło jasne, ciepłe słońce oraz wiał delikatny wietrzyk, który
porywał w tan złociste liście. Tym razem odezwała się blond włosa, bacznie
wpatrzona w zakręt Ścieszki.
- Konie… - stwierdziła przyciszonym głosem – I
to dwa.
Księżniczka nastroszyła uszu, starając się wychwycić konkretny odgłos.
Lecz dopiero po mocnym skupieniu i kolejnych pokonanych metrach dosłyszała stukot
kopyt. Jednak i tak był on dość mocno stłumiony przez zmiękłą glebę.
Spojrzała na wojowniczkę kątem oka, co było możliwe, bo siedziała na
koniu w tak zwanym „damskim stylu”.
Wydało jej się to niesamowite. Nie patrząc już na umiejętności szermiercze, jak
dobry i wyczulony musiała mieć słuch? Czy kiedyś, w przeszłości, ćwiczyła tę
umiejętność? Jeśli tak, to zapewne musiała być równie wyśmienita w polowaniach.
Nie wykluczone, że to była jedna ze sztuk, w której pobierała nauki. Było by to
sensowne wytłumaczenie, ale wciąż pozostawała jej płeć…
Ginewra otrząsnęła się z myśli, karcąc się za swoje roztrzepanie. W
tamtym momencie zza zakrętu zaczęły wyłaniać się dwie postawne sylwetki na
koniach. Obydwoje zatrzymali swoje wierzchowce, gdy dostrzegli kobiety, które
postąpiły w ten sam sposób – ściągając wodze siwka.
Brunetka przez chwilę przyglądała się mężczyzną, tak samo jak blondynka,
która usilnie starała się nie wypowiedzieć ich imion na głos oraz
powstrzymywała się od rozszerzenia źrenic. Taki wpływ wywarli na nich rycerze.
- Lady Ginewra. – wypowiedział niższy, choć
wciąż wysoki mężczyzna, o jasnych włosach splecionych w cztery warkocze z tyłu
głowy, a pod jego prostą grzywką rozjaśniły się fiołkowe oczy, gdy zrozumiał
kogo ma przed sobą.
Po chwili, do jego wyrazu twarzy dołączył się również drugi rycerz o
ciemnych włosach, które lśniły fioletem. Obydwoje czym prędzej zeszli z koni,
więc i Arturia zsunęła się z siodła, a gdy stanęła na ziemi podała dłoń
Ginewrze, aby i ona mogła postąpić tak samo.
Gdy wszyscy znaleźli się na trakcie wojownicy przyklęknie na jedno
kolano pochylając przy tym głowy i przykładając prawą dłoń do napierśników.
Nawet w takim miejscu zachowali należną etykietę. Księżniczka wykonała kilka
kroków w przód i gestem nakazała im aby wstali.
- Cieszę się, że udało nam się spotkać. Czy
mogłaby poznać imiona rycerzy, którzy przybyli mi na spotkanie?
- To jest sir Lancelot du Lance, a mnie zwą
sir Bedivere. Rycerze
Okrągłego Stołu. - przedstawił ich jasnowłosy mężczyzna gdy podnieśli się z
klęczków, wskazywał przy tym ręką na czarnookiego towarzysza. Obydwoje wydawali
się zaniepokojeni, choć nie czynili niczego pochopnie. Ich głowy był czymś
zaprzątnięte.
Przepraszam My Lady, ale czy nie powinnaś
przebywać z obstawą? Możliwe, że coś się stało? – wyraził swoje zaniepokojenie
drugi. W jasnej zbroi, z hełmem przytroczonym do końskiego siodła.
- Ych, widzicie panowie.. zdarzył się
wypadek.. – księżniczka była zdecydowanie zmieszana, z tego też powodu użyła
dość nietrafne go określenia. Jej uczucia były na pograniczu zażenowani, z
powodu zaistniałej sytuacji, oraz smutku, który wywołany był myślą o niepotrzebnej
śmierci. – Niestety moi towarzysze zginęli z rąk bandytów.
Słowa poruszyły przybyszami, którzy wymienili pośpieszne spojrzenia. Ta
informacja na pewno nie przyprawiła ich o dobre myśli.
- Nic się księżniczce nie stało? Jeśli możemy
wiedzieć, to co się dokładnie wydarzyło? - dopytywał się ciemnooki. Musieli
zdobyć informację na ten temat.
- Nic mi nie jest. Zanim cokolwiek mogło się
wydarzyć zostałam wybawiona, a po śmierci herszta, jego banda uciekła siną w
dal. – zapewniała. Lecz rycerz dostrzegł lukę, którą specjalnie, czy też nie
popełniła księżniczka. Jednak, to niedopatrzenie było kluczową rzeczą.
- Kto go pokonał? – pytanie padło z ust
Bedivere, który bacznie wsłuchiwał się w wymianę zdań, również martwiąc się o
dobro Ginewry.
Wychowanka Cameliardu lekko się spięła. Nie wiedziała jak miała to
wszystko wytłumaczyć, choć może nie wszystko, a tylko tą jedną, teoretycznie,
nieważną kwestie. Obiecała zachować sekret swojej wybawicielki, ale przecież
rycerze chcieli jej dobra. Więc jak miała postąpić? Powiedzieć prawdę, mimo że
mogą przyjąć to jako żart -sama pewnie nie zareagowała by lepiej, gdyby nie
widziała tej sceny walki na własne oczy-, czy może skłamać… Nie była jednak
dobra w łgarstwie, to jedna z jej słabych stron, bo wręcz nienawidzi oszustów.
Sama zresztą została wychowana, w taki sposób by zawsze być szczerą wobec
siebie, a tym bardziej innych. W takim razie…
- Oto i moja wybawczyni. Możecie mówić jej.. –
przesunęła się o krok w bok, aby ukazać stojącą niedaleko za nią Arturie. Przy
tym oświadczeniu wykonała gest lewą dłonią wymownie wskazując na kobietę i nie
pozostawiając nieporozumień. – ..Orea.
Ginewra uśmiechnęła się
szczęśliwa. Praktycznie pękła z dumy, że udało jej się wymyślić tak trafny
przydomek dla blondwłosej oraz wybrnąć z tej sytuacji. W końcu nauka łaciny nie poszła na marne.
Przecież „ore” oznacza ostrze, więc to idealne, tymczasowe, imię dla Arturi.
Miała tylko nadzieję, że wojowniczka nie będzie zła z powodu jej samowolki,
przy dość osobistej sprawie. W końcu wybór imienia, to nie drobnostka. Nawet
jeśli nie jest ono prawdziwe, to i tak będzie używane.
Blondynka, choć chwilowo zaskoczona, zrobiła krok w przód i pochyliła
głowę z szacunkiem, przed obydwoma wojownikami, pochylając się przy tym
nieznacznie do przodu. W tym samym czasie spotkała się wzrokiem z Ginewrą i
lekko się uśmiechnęła, zadowolona z próby utrzymania jej tożsamości w tajemnicy.
- Orea, to tylko przezwisko. Moje prawdziwe
imię to Arturia, wolała bym jednak by zwracać się do mnie przydomkiem.
Oczywiście jeśli nie jest to problem dla tak wysoko postawionych dostojników. –
Pani szermierz wiedziała, że może zaufać obydwu z tych fechtmistrzów. Mimo, że
pewnie oni jej teraz nie ufali. Była tego wręcz stuprocentowo pewna, bo zbyt dobrze
znała ich obu.
- Właśnie, Arturio! – księżniczka
odwróciła się w jej stronę, z widocznymi iskrami zapału w oczach – Czy była byś
tak miła i została ze mną aż dotrzemy do Camelotu? Nie czuję abym spłaciła dług
wobec twojej osoby. Chyba, że jednak, mimo twoich wcześniejszych słów, śpieszysz
w jakimś konkretnym kierunku?
Blondynka patrzyła na księżniczkę, w duchu uśmiechając się radośnie.
Nic, a nic się nie zmieniła. Ciągle była w stanie obrócić sytuacje na swoją
korzyść i wygrać potyczki na słowa. Właśnie ta umiejętność była jakże przydatna
na monarszych dworach oraz znienawidzona przez pysznych urzędników, którym nie
było w smak przyznać rację kobiecie. Nawet jeśli była to wysoka księżniczka
Cameliardu oraz przyszła królowa Anglii.
- Skoro Waszej Wysokości tak bardzo zależy na
mojej obecności, to z chęcią dotrzymam
jej towarzystwa. Bo jak już księżniczka zwróciła uwagę, nie mam obranego
konkretnego celu podróży.
- Mam nadzieję, że Obecność Orei nie będzie
dla was obciążeniem, Rycerze Okrągłego Stołu.
Rycerze, do tej chwili milczący, spojrzeli na siebie kątem oczu, gdy
usłyszeli całość wypowiedzi. Obydwoje byli niepewni, czy słowa są prawdziwe,
ale nie im wątpić w prawdomówność księżniczki, która miała wyjść za króla tego
kraju. Przytaknęli więc oboje, choć z brakiem zbytnich odczuć co do całej,
zaistniałej sytuacji, że nie jest to żaden problem.
Droga która jeszcze niedawno wiła się wśród prawie wyschniętych krzewów
oraz różnego gatunku drzew, wyprowadziła teraz czwórkę wędrowców na otwartą
przestrzeń. Mimo iż za nimi wciąż widać było ciemności lasu, gdy patrzyli przed
siebie widzieli nieograniczone połacie łąk, które o tej porze roku przybrały
już złocisty kolor, oraz setki garbów starego dziadka Ziemi, na które wspinała
się szersza teraz droga.
Słońce wisiało już nisko nad horyzontem ubarwiając świat w żywe barwy
czerwieni i pomarańczu. Podróżowali równym tempem, od czasu wyjazdu mając kilka
krótkich postoi aby nakarmić wierzchowce oraz rozprostować zdrętwiałe kończyny,
które powodowały trudno znośny ból, znany każdemu jeźdźcowi. Ich kolejny postój
miał być w wiosce nieopodal wyjazdu, z traktu prowadzącego w głąb lasu. A że
dopiero co opuścili dach liści powinni dotrzeć do osady w ciągu pół godziny,
utrzymując to samo tępo. Jednak pewna specyficzna rzecz spowodowała momentalne
wstrzymanie wierzchowców i chwilowe trwanie w bezruchu.
Nad najbliższym wzgórzem unosiła się wielka smuga dymu, wciąż dobrze
widoczna, lecz już powoli zacierająca znaki swojego istnienia. Jak za sprawą jakiejś niewypowiedzianej na
głos komendy podróżni spięli wodze i czym prędzej wspinali się na szczyt dużego
wzgórza, które zasłaniało im dotychczas całościowy widok. U szczytu wzniesienia
powtórnie się zatrzymali, zdruzgotani widokiem, malującym się wśród
obumierających traw.
Ich wzrok przewędrował w dół, po szarobiałej wstędze dymu do wielkiej,
czarnej, wypalonej dziury. Z tej odległości nie wydawała się ona ogromna, ale
gdy skupiło się maksymalnie wzrok można było zobaczyć ważne fragmenty tej
groteskowej sceny. Domy, a raczej ich zgliszcza. Jedynie kilka tych budowli
przypominało w większej części budynek. Nie trudno było zrozumieć, że miał miejsce
pożar. Ogromny, wszechogarniający pożar. Dwaj rycerze starali się podjąć jak
najbardziej trafną decyzję.
- Ja zostanę tutaj i rozbiję obóz. –
powiedział Lancelot, musiał chronić księżniczkę, tak jak jego towarzysz. A
narażenie jej na niebezpieczeństwo, biorąc na rekonesans w środek tragedii na
pewno nie było mądrym posunięciem. Bedivere przytaknął więc, zgadzając się na
przeznaczone mu zadanie.
- W takim razie ja pojadę sprawdzić co się
stało.
- Chwila! – wykrzyknęła wojowniczka,
przerywając w próbie odjazdu rycerza. Ciągnąc swoją wypowiedź użyła już
zwyczajnego tonu. – Z całym szacunkiem Panie, ale to niemądre jechać samemu w
tamto miejsce. Na pierwszy rzut oka widać, że to co się tam wydarzyło nie było
przypadkowe.
Arturia patrzyła mężczyźnie prosto w fiołkowe oczy, przekazując
informacje, że zdaje sobie sprawę ze stosunków co do jej osoby. Nie chciała się
narzucać, ale los sam wybrał swój bieg. Kroczyła więc zgodnie z nim, a
Bedivere, mimo iż sam nie był zbyt zadowolony, zrozumiał co chodziło kobiecie
po głowie.
- Nie mogą wziąć ciebie, ani Lancelota ze
sobą. Ktoś musi strzec księżniczki. – niechęć mimo iż niesłyszalna w głosie
była widoczna w oczach rycerza. Nie ufał jej. A blondwłosej nie dziwiło to
odczucie wobec jej osoby.
- Mimo wszystko, nalegam. – ton jej głosu
zmienił się, nie miała zamiaru ustąpić – Mimo mojej płci jestem w stanie się
bronić i to na pewno dłużej, niż przeciętna kobieta. A nawet, jeśli uważasz, że
nie powinnam używać broni –jeśli oczywiście była by ona potrzebna-, to mogę
przynajmniej pilnować twych pleców.
Jasnowłosy zamilkł na chwilę, nie miał zamiaru brać ze sobą nieznajomej,
z więcej niż jednego powodu. Narażanie kobiety na niebezpieczeństwo było by
plamą na jego honorze, ale jednak. Orea miała rację, że nie powinien wyruszać w
samowolkę. Nie weźmie ze sobą Lancelota, gdyż obydwoje nie do końca ufają tej
kobiecie i nie zostawią jej samej z przyszłą królową. A do tego jej oryginalny
charakter…
- Dobrze, ale nie masz się oddalać. –
mimowolnie westchnął. Kobiety kiedyś go wykończą. Zawrócił konia i ruszył
galopem, wcześniej jedynie rzucając okiem na Arturię, czy aby na pewno jedzie
za nim.
Kobieta również popędziła galopem, gdy już księżniczka zsiadła z jej
wierzchowca. Obydwoje chcieli jak najszybciej dotrzeć do centrum nieszczęścia i
powrócić nim zapadnie kompletna ciemność. Po chwili zrównała się ona z
rycerzem, jednak tylko na tyle aby być blisko w razie potrzeby.
Miała bardzo złe przeczucie, co do tego wypalonego miejsca, piekła dla
mieszkańców miast. Po plecach przeszedł jej nieprzyjemny dreszcz, o oczy
zwęziły się na punkcie podróży. Już za niedługo dowie się, czy aby słusznie się
martwiła.
Tak, skończyłam! Udało mi się i mam nadzieję, że mimo braku jakiejś walki, sam rozwój wydarzeń was zaciekawił. Bo trudno było mi stworzyć tu ciekawe dialogi, które zainteresują równie mocno jak porządna akcja, której na pewno nie zabranie w najbliższym rozdziale, który będzie już w kolejnym miesiącu ^^
Chcę również przeprosić, że jednak nie dodałam tego rozdziału w maju, ale wtedy miałam z pięć wyjazdów, więc rozumiecie. Niechęć do robienia czegokolwiek...
Mam nadzieję, że ktoś skomentuje, może być to coś motywującego, lub coś co sprawi, że schowam się w koncie i zacznę płakać. Ja chce komentarze więc spróbujcie! Na pewno przydadzą mi się słowa motywacji!
Więc proszę, aby czytelnicy (koś tam to czyta więc chyba mogę się tak zwrócić...) napisali jaki fragment, bądź też postać im się najbardziej podobała w bieżącym rozdziale lub tym poprzedzającym. Wiem, że was na to stać <3
~Sarabi
~Sarabi