Ciemność. To było wszystko, co można dostrzec w promieniu kilometrów.
Choć równie dobrze mogło by to być kilkadziesiąt metrów gęstej i czarnej jak
smoła nicości. Trudno to stwierdzić z braku punktów orientacyjnych, gdyż nic nie
było w stanie przebić się przez wszechogarniający mrok.
A jednak, wśród tego morza czerni tlił się delikatny, złoty blask.
Nikły, ale jednak wystarczył by zasiać nadzieję. Bo akurat to światełko było jej
uosobieniem. Uosobieniem wiary w pewne pragnienie, które wydawać by się mogło bezsensowne
dla zwykłego człowieka. Jednak nie dla osoby, która znajdowała się w epicentrum światła.
Drobna kobieta, skulona jakby próbowała odciąć się od otaczającej ją
rzeczywistości. Rozpuszczone, jasne blond włosy wiły się wokół jej twarzy, a
granatowa suknia, kiedyś pewnie pięknie zdobiona, teraz była podarta, poplamiona krwią i oblepiona brudem. Z pomiędzy rozdarć w
ciemnym materiale było widać wciąż otwarte, cięte rany. Na jej porcelanowej
skórze widniało wiele siniaków oraz zadrapań pokrytych kurzem.
Mimo tak opłakanego stanu ciała, jej umysł wierzył, że wciąż ma szansę
na zmianę swojej tragicznej przeszłości. Nie chciała jednak uczynić tego
dla siebie, ale dla wielu ludzi których zawiodła. Dla tych setek, tysięcy, a
może i jeszcze większej liczby osób, które poszły za nią, aby wyzwolić
najeżdżaną Brytanię… Choć nie, właściwie nie za nią, a za „Królem”. Potężnym i
niezwyciężonym wojownikiem, który wyciągnął Święty Miecz z kamienia. „Synem”
zmarłego monarchy Uther’a. Wielkiego władcy Artura Pendragona. A nie za głupią
kobietą, która sama obarczyła się ciężarem władzy. Choć niezamierzenie, zawiodła
i oszukała tych ludzi. Zamiast zasiać pokój na ziemi sprawiła, że z jednej
wojny rodziła się druga, która pochłaniała jeszcze więcej ofiar. Nie zasłużyła
by na jej głowie spoczęła korona i odpowiedzialność za lud, która się z nią
wiązała. Nie zasłużyła na uśmiechy i wierność, które dawali jej rycerze.
Zamiast złączyć, podzieliła. Nawet tych najbliżej jej sercu, którzy zawsze wspierali ją i jako jedni z nielicznych starali się zrozumieć.
Dlatego właśnie jej życzeniem było, aby nie zasiąść na tronie i nie
wyciągnąć Świętego Ostrza, miecza Caliburn’a. Jej miejsce powinien zająć ktoś
bardziej tego godny. Osoba, która nie popełniła by tak błahych błędów, o
niewiarygodnym znaczeniu. Człowiek,
który nie musiałby tak jak ona oszukiwać swoich poddanych i podawać się za
mężczyznę.
Jednak jej cała wiara gasła, tak samo jak złote światło wokół jej
poranionej osoby. Powoli zanikało, narażając
na kontakt z czernią, która ją pochłonie i sprawi, że już przez resztę
dni jej dusza będzie błądzić po Avalon. Strapiona wykrzywionymi twarzami ludzi,
których zawiodła.
Wcześniej prawie jej się udało dotrzeć do celu. Gdyby tylko wtedy miała
szansę na dotknięcie Graala. Wtedy jej sen by się ziścił. Nie obchodziła ją
cena za ten cud, ani kim się stanie jeśli to nadejdzie. Mogła nawet już nie
istnieć w tym świecie, czy innym. Miało to dla niej znikome, prawie żadne
znaczenie w porównaniu do ogromu skruchy przepełniającą kobietę.
- Aż tak bardzo pragniesz zmiany swego losu? –
głos nie dobywał się z jakiegoś określonego miejsca. Przepełniał jakby całą przestrzeń,
a samego jego tonu czy czegokolwiek charakterystycznego (oprócz jego samego)
nie było się w stanie określić, czy wychwycić. On po prostu istniał w tej pustce,
przeszywając umysł młodej kobiety, której dotychczas zamknięte powieki lekko
się uchyliły.
- Jesteś bardzo interesującą osobą. – ciągnął dalej
niematerialny byt, a blask nieustannie nikł, z chwili na chwilę. – Spełnię
twoje pragnienie, Arturio Pendragon, Królu Rycerzy.
Po tych słowach złote światło zaczęło rozszerzać się w przerażającym tempie,
pochłaniając mrok. W tym momencie zdała sobie sprawę kto do niej mówił. Ten głos nie
należał do osoby, ale do unikalnej rzeczy. Do Świętego Graala. Kielicha, który
był w stanie sprawiać cuda.
- Ale pamiętaj, że to ty zdecydujesz o
zakończeniu tej historii…

Arturia otworzyła parę zielonych oczu o błękitnym połysku. Jej wzrok
powoli się wyostrzał rejestrując szczegóły otoczenia.
Leżała wśród mchu i koniczyny, twarzą do ziemi. To posłanie wydało jej
się niezwykle wygodne, przewróciła się więc na plecy. Znajdowała się w lesie
otoczona drzewami, które mieniły się już w ciepłych, jesiennych barwach. Mimo
to spora ilość drzew miała wciąż na sobie soczystą zieleń. Z tych czynników
łatwo wywnioskowała, że jest najpóźniej październik.
Machinalnie dotknęła miejsca w boku, gdzie powinna znajdować się śmiercionośna
rana. Lecz dłoń na
trafiła tylko na materiał płóciennej koszuli przepasanej skórzanym pasem. Sprawdziła również miejsca pozostałych obrażeń, lecz nie
pozostały nawet siniaki.
To nie była jedyna nowość. Zamiast jej zniszczonej suknie miała na sobie
prosty, chłopski strój. Składał się on z białej koszuli, pasa, tkanych
brązowych spodni oraz wysokich, bo sięgających kolan, skórzanych butów o miękkich
podeszwach. Oprócz tego jej proste włosy zostały związane granatową wstążką w
niski, koński ogon sięgający łopatek.
Gdy mogło by się wydawać, że wszystko co istotne zostało już przez
kobietę zbadane jej wzrok powędrował na niewielki prześwit pomiędzy liśćmi.
Mimo pozornego spokoju na twarzy, jej umysł starał się zrozumieć słowa
wypowiedziane w pustce, a pochmurne niebo wydawało się idealne by spoczął na
nim wzrok sfrustrowanego umysłu.
- Zanosi się na burzę. – wyszeptała.

I oto pierwszy wpis o historii - prolog.
Mam nadzieje, że jest on na tyle przejrzysty na ile to możliwe. Musiałam go trochę przeredagować, a i tak wyszedł krótki :P Wiem, że puki co jest mało interesujące, ale akcja pojawi się już w pierwszym rozdziale, a już sporo jej będzie w trzecim. Więc proszę niech ktoś się zainteresuje i skomentuje. To dla mnie ważne!
~ Sarabi