czwartek, 25 czerwca 2015

Rozdział 2 "Poszarzałe niebo"

    Słońce świeciło z zapalczywością, przebijając się przez ciemne liście i tworząc żółto-zielone plamy światła na wilgotnej ziemi. Kopyta wystukiwały stłumiony rytm na trakcie. Droga była dość przeciętna jak na tak rzadko odwiedzaną część puszczy. Szlak był tak szeroki, że mogły by nim podążać równolegle ze siebie dwa konie oraz piechur, ewentualnie wyminąć się dwa mniejsze wozy. Choć w tedy istniała by szansa, że się zaklinują.
    Na grzbiecie młodego ogiera siedziały dwie kobiety, wyższa z przodu, a niższa za nią trzymając wodze. Wczorajszego wieczoru udało im się pochwycić siwka, który według słów księżniczki należał do jednego z jej żołnierzy. Wspólnie uznały, że mogą sobie przywłaszczyć konia oraz jego juki, z których blondynka wyjęła zielonkawy płaszcz z kapturem i zarzuciła go sobie na ramiona. Nie był już potrzebny aby bronić przed deszczem, który i tak zostawił ją wczoraj przemoczoną, a osłaniał przed kąśliwym wiatrem. A przeszkadzał on jej tym bardziej za powodu przemoczonych ubrań.
    Arturia odwróciła wzrok od drogi i przekierowała go na profil twarzy Ginewry. Księżniczka nie bezpodstawnie była uwielbiana przez pospólstwo oraz szlachcian, którzy z uporem starali się o jej rękę. Przyszła Pani na Camelocie miała dość owalną twarz, o delikatnych rysach, starannie wyrzeźbionych w jej lekko opalonej cerze.  Jej oczy przyciągały swoją czystą, błękitną barwą, przywodzącą na myśl fale oceanu, a jej wzrok, mimo niosącego ze sobą ciepła pokazywał również szlachetność jej pochodzenia. Te dwa topazy zostały otoczone obwódką z długich, czarnych rzęs, a policzki kobiety zawsze miały na sobie delikatny, różowy rumieniec. Włosy sięgały jej do bioder spływając rudo-brązowymi falami wzdłuż szczupłej talii. Upięła niektóre, przednie kosmyki, zaplecione w warkocze, z tyłu głowy srebrną klamrą. Księżniczka miała na sobie, długą suknię koloru przekwitniętych róż, z długimi rękawami, dekoltem w szpic oraz tego samego koloru serdak. Obydwie części garderoby zostały ozdobione zdobieniami, wykonanymi złotą nicią, przedstawiając w ten sposób wzory kwitów i pędów roślin. Do tego wszystkiego była przystrojona ozdobami, choć nie przesadzonymi. Miała również podróżne buty i wełniany płaszcz, który wcześniej tak skutecznie ukrywał jej tożsamość.
    Księżniczka posiadała delikatną naturę i charakter pełen nieograniczonej troski oraz ufności. Choć nie należała do strachliwych osób. Osądzenie jej jest sprawą prostą, gdyż okazuje wszystko powierzchownie, lecz mimo to należy do osób, które potrafią zaskoczyć.
 - Arturia? – z myśli wyrwał ją głos ciemnowłosej, która patrzyła na nią przez ramię.  – Wszystko w porządku?
 - Tak. Czemu pytasz, Pani?
 - Mówiłam żebyś mówiła mi po imieniu, a nie używała tytułów. – skarciła delikatnie z uśmiechem, lecz już po chwili posmutniała i odezwała się zatroskana – Miałaś taki smutny wyraz twarzy, jak byś rozmyślała o bardzo starym znajomym.
 - Trafiłam? – zapytała gdy dostrzegła rozbłysk w oczach wojowniczki.
 - Mniej więcej. – kąciki jej ust uniosły się nieznacznie, myśląc o tym paradoksie. To miło widzieć, że jej przyjaciele żyją i mają się dobrze. Mimo iż na razie udało jej się spotkać tylko jednego, a właściwie jedną.
    Znów zapadła przyjemna cisza, którą przerywały tylko i wyłącznie odgłosy natury. Świeciło jasne, ciepłe słońce oraz wiał delikatny wietrzyk, który porywał w tan złociste liście. Tym razem odezwała się blond włosa, bacznie wpatrzona w zakręt Ścieszki.
 - Konie… - stwierdziła przyciszonym głosem – I to dwa.
    Księżniczka nastroszyła uszu, starając się wychwycić konkretny odgłos. Lecz dopiero po mocnym skupieniu i kolejnych pokonanych metrach dosłyszała stukot kopyt. Jednak i tak był on dość mocno stłumiony przez zmiękłą glebę.
    Spojrzała na wojowniczkę kątem oka, co było możliwe, bo siedziała na koniu w tak zwanym  „damskim stylu”. Wydało jej się to niesamowite. Nie patrząc już na umiejętności szermiercze, jak dobry i wyczulony musiała mieć słuch? Czy kiedyś, w przeszłości, ćwiczyła tę umiejętność? Jeśli tak, to zapewne musiała być równie wyśmienita w polowaniach. Nie wykluczone, że to była jedna ze sztuk, w której pobierała nauki. Było by to sensowne wytłumaczenie, ale wciąż pozostawała jej płeć…
    Ginewra otrząsnęła się z myśli, karcąc się za swoje roztrzepanie. W tamtym momencie zza zakrętu zaczęły wyłaniać się dwie postawne sylwetki na koniach. Obydwoje zatrzymali swoje wierzchowce, gdy dostrzegli kobiety, które postąpiły w ten sam sposób – ściągając wodze siwka.
    Brunetka przez chwilę przyglądała się mężczyzną, tak samo jak blondynka, która usilnie starała się nie wypowiedzieć ich imion na głos oraz powstrzymywała się od rozszerzenia źrenic. Taki wpływ wywarli na nich rycerze.
 - Lady Ginewra. – wypowiedział niższy, choć wciąż wysoki mężczyzna, o jasnych włosach splecionych w cztery warkocze z tyłu głowy, a pod jego prostą grzywką rozjaśniły się fiołkowe oczy, gdy zrozumiał kogo ma przed sobą.
   Po chwili, do jego wyrazu twarzy dołączył się również drugi rycerz o ciemnych włosach, które lśniły fioletem. Obydwoje czym prędzej zeszli z koni, więc i Arturia zsunęła się z siodła, a gdy stanęła na ziemi podała dłoń Ginewrze, aby i ona mogła postąpić tak samo.
    Gdy wszyscy znaleźli się na trakcie wojownicy przyklęknie na jedno kolano pochylając przy tym głowy i przykładając prawą dłoń do napierśników. Nawet w takim miejscu zachowali należną etykietę. Księżniczka wykonała kilka kroków w przód i gestem nakazała im aby wstali.
 - Cieszę się, że udało nam się spotkać. Czy mogłaby poznać imiona rycerzy, którzy przybyli mi na spotkanie?
 - To jest sir Lancelot du Lance, a mnie zwą sir Bedivere. Rycerze Okrągłego Stołu. - przedstawił ich jasnowłosy mężczyzna gdy podnieśli się z klęczków, wskazywał przy tym ręką na czarnookiego towarzysza. Obydwoje wydawali się zaniepokojeni, choć nie czynili niczego pochopnie. Ich głowy był czymś zaprzątnięte.
 Przepraszam My Lady, ale czy nie powinnaś przebywać z obstawą? Możliwe, że coś się stało? – wyraził swoje zaniepokojenie drugi. W jasnej zbroi, z hełmem przytroczonym do końskiego siodła.
 - Ych, widzicie panowie.. zdarzył się wypadek.. – księżniczka była zdecydowanie zmieszana, z tego też powodu użyła dość nietrafne go określenia. Jej uczucia były na pograniczu zażenowani, z powodu zaistniałej sytuacji, oraz smutku, który wywołany był myślą o niepotrzebnej śmierci. – Niestety moi towarzysze zginęli z rąk bandytów.
    Słowa poruszyły przybyszami, którzy wymienili pośpieszne spojrzenia. Ta informacja na pewno nie przyprawiła ich o dobre myśli.
 - Nic się księżniczce nie stało? Jeśli możemy wiedzieć, to co się dokładnie wydarzyło? - dopytywał się ciemnooki. Musieli zdobyć informację na ten temat.
 - Nic mi nie jest. Zanim cokolwiek mogło się wydarzyć zostałam wybawiona, a po śmierci herszta, jego banda uciekła siną w dal. – zapewniała. Lecz rycerz dostrzegł lukę, którą specjalnie, czy też nie popełniła księżniczka. Jednak, to niedopatrzenie było kluczową rzeczą.
 - Kto go pokonał? – pytanie padło z ust Bedivere, który bacznie wsłuchiwał się w wymianę zdań, również martwiąc się o dobro Ginewry.
    Wychowanka Cameliardu lekko się spięła. Nie wiedziała jak miała to wszystko wytłumaczyć, choć może nie wszystko, a tylko tą jedną, teoretycznie, nieważną kwestie. Obiecała zachować sekret swojej wybawicielki, ale przecież rycerze chcieli jej dobra. Więc jak miała postąpić? Powiedzieć prawdę, mimo że mogą przyjąć to jako żart -sama pewnie nie zareagowała by lepiej, gdyby nie widziała tej sceny walki na własne oczy-, czy może skłamać… Nie była jednak dobra w łgarstwie, to jedna z jej słabych stron, bo wręcz nienawidzi oszustów. Sama zresztą została wychowana, w taki sposób by zawsze być szczerą wobec siebie, a tym bardziej innych. W takim razie…
 - Oto i moja wybawczyni. Możecie mówić jej.. – przesunęła się o krok w bok, aby ukazać stojącą niedaleko za nią Arturie. Przy tym oświadczeniu wykonała gest lewą dłonią wymownie wskazując na kobietę i nie pozostawiając nieporozumień. – ..Orea.
    Ginewra uśmiechnęła się szczęśliwa. Praktycznie pękła z dumy, że udało jej się wymyślić tak trafny przydomek dla blondwłosej oraz wybrnąć z tej sytuacji.  W końcu nauka łaciny nie poszła na marne. Przecież „ore” oznacza ostrze, więc to idealne, tymczasowe, imię dla Arturi. Miała tylko nadzieję, że wojowniczka nie będzie zła z powodu jej samowolki, przy dość osobistej sprawie. W końcu wybór imienia, to nie drobnostka. Nawet jeśli nie jest ono prawdziwe, to i tak będzie używane.
    Blondynka, choć chwilowo zaskoczona, zrobiła krok w przód i pochyliła głowę z szacunkiem, przed obydwoma wojownikami, pochylając się przy tym nieznacznie do przodu. W tym samym czasie spotkała się wzrokiem z Ginewrą i lekko się uśmiechnęła, zadowolona z próby utrzymania jej tożsamości w tajemnicy.
 - Orea, to tylko przezwisko. Moje prawdziwe imię to Arturia, wolała bym jednak by zwracać się do mnie przydomkiem. Oczywiście jeśli nie jest to problem dla tak wysoko postawionych dostojników. – Pani szermierz wiedziała, że może zaufać obydwu z tych fechtmistrzów. Mimo, że pewnie oni jej teraz nie ufali. Była tego wręcz stuprocentowo pewna, bo zbyt dobrze znała ich obu.
- Właśnie, Arturio! – księżniczka odwróciła się w jej stronę, z widocznymi iskrami zapału w oczach – Czy była byś tak miła i została ze mną aż dotrzemy do Camelotu? Nie czuję abym spłaciła dług wobec twojej osoby. Chyba, że jednak, mimo twoich wcześniejszych słów, śpieszysz w jakimś konkretnym kierunku?
    Blondynka patrzyła na księżniczkę, w duchu uśmiechając się radośnie. Nic, a nic się nie zmieniła. Ciągle była w stanie obrócić sytuacje na swoją korzyść i wygrać potyczki na słowa. Właśnie ta umiejętność była jakże przydatna na monarszych dworach oraz znienawidzona przez pysznych urzędników, którym nie było w smak przyznać rację kobiecie. Nawet jeśli była to wysoka księżniczka Cameliardu oraz przyszła królowa Anglii.
 - Skoro Waszej Wysokości tak bardzo zależy na mojej obecności, to  z chęcią dotrzymam jej towarzystwa. Bo jak już księżniczka zwróciła uwagę, nie mam obranego konkretnego celu podróży.
 - Mam nadzieję, że Obecność Orei nie będzie dla was obciążeniem, Rycerze Okrągłego Stołu.
    Rycerze, do tej chwili milczący, spojrzeli na siebie kątem oczu, gdy usłyszeli całość wypowiedzi. Obydwoje byli niepewni, czy słowa są prawdziwe, ale nie im wątpić w prawdomówność księżniczki, która miała wyjść za króla tego kraju. Przytaknęli więc oboje, choć z brakiem zbytnich odczuć co do całej, zaistniałej sytuacji, że nie jest to żaden problem.


    Droga która jeszcze niedawno wiła się wśród prawie wyschniętych krzewów oraz różnego gatunku drzew, wyprowadziła teraz czwórkę wędrowców na otwartą przestrzeń. Mimo iż za nimi wciąż widać było ciemności lasu, gdy patrzyli przed siebie widzieli nieograniczone połacie łąk, które o tej porze roku przybrały już złocisty kolor, oraz setki garbów starego dziadka Ziemi, na które wspinała się szersza teraz droga.
    Słońce wisiało już nisko nad horyzontem ubarwiając świat w żywe barwy czerwieni i pomarańczu. Podróżowali równym tempem, od czasu wyjazdu mając kilka krótkich postoi aby nakarmić wierzchowce oraz rozprostować zdrętwiałe kończyny, które powodowały trudno znośny ból, znany każdemu jeźdźcowi. Ich kolejny postój miał być w wiosce nieopodal wyjazdu, z traktu prowadzącego w głąb lasu. A że dopiero co opuścili dach liści powinni dotrzeć do osady w ciągu pół godziny, utrzymując to samo tępo. Jednak pewna specyficzna rzecz spowodowała momentalne wstrzymanie wierzchowców i chwilowe trwanie w bezruchu.
    Nad najbliższym wzgórzem unosiła się wielka smuga dymu, wciąż dobrze widoczna, lecz już powoli zacierająca znaki swojego istnienia.  Jak za sprawą jakiejś niewypowiedzianej na głos komendy podróżni spięli wodze i czym prędzej wspinali się na szczyt dużego wzgórza, które zasłaniało im dotychczas całościowy widok. U szczytu wzniesienia powtórnie się zatrzymali, zdruzgotani widokiem, malującym się wśród obumierających traw.
    Ich wzrok przewędrował w dół, po szarobiałej wstędze dymu do wielkiej, czarnej, wypalonej dziury. Z tej odległości nie wydawała się ona ogromna, ale gdy skupiło się maksymalnie wzrok można było zobaczyć ważne fragmenty tej groteskowej sceny. Domy, a raczej ich zgliszcza. Jedynie kilka tych budowli przypominało w większej części budynek. Nie trudno było zrozumieć, że miał miejsce pożar. Ogromny, wszechogarniający pożar. Dwaj rycerze starali się podjąć jak najbardziej trafną decyzję.
 - Ja zostanę tutaj i rozbiję obóz. – powiedział Lancelot, musiał chronić księżniczkę, tak jak jego towarzysz. A narażenie jej na niebezpieczeństwo, biorąc na rekonesans w środek tragedii na pewno nie było mądrym posunięciem. Bedivere przytaknął więc, zgadzając się na przeznaczone mu zadanie.
 - W takim razie ja pojadę sprawdzić co się stało.
 - Chwila! – wykrzyknęła wojowniczka, przerywając w próbie odjazdu rycerza. Ciągnąc swoją wypowiedź użyła już zwyczajnego tonu. – Z całym szacunkiem Panie, ale to niemądre jechać samemu w tamto miejsce. Na pierwszy rzut oka widać, że to co się tam wydarzyło nie było przypadkowe.
    Arturia patrzyła mężczyźnie prosto w fiołkowe oczy, przekazując informacje, że zdaje sobie sprawę ze stosunków co do jej osoby. Nie chciała się narzucać, ale los sam wybrał swój bieg. Kroczyła więc zgodnie z nim, a Bedivere, mimo iż sam nie był zbyt zadowolony, zrozumiał co chodziło kobiecie po głowie.
 - Nie mogą wziąć ciebie, ani Lancelota ze sobą. Ktoś musi strzec księżniczki. – niechęć mimo iż niesłyszalna w głosie była widoczna w oczach rycerza. Nie ufał jej. A blondwłosej nie dziwiło to odczucie wobec jej osoby.
 - Mimo wszystko, nalegam. – ton jej głosu zmienił się, nie miała zamiaru ustąpić – Mimo mojej płci jestem w stanie się bronić i to na pewno dłużej, niż przeciętna kobieta. A nawet, jeśli uważasz, że nie powinnam używać broni –jeśli oczywiście była by ona potrzebna-, to mogę przynajmniej pilnować twych pleców.
    Jasnowłosy zamilkł na chwilę, nie miał zamiaru brać ze sobą nieznajomej, z więcej niż jednego powodu. Narażanie kobiety na niebezpieczeństwo było by plamą na jego honorze, ale jednak. Orea miała rację, że nie powinien wyruszać w samowolkę. Nie weźmie ze sobą Lancelota, gdyż obydwoje nie do końca ufają tej kobiecie i nie zostawią jej samej z przyszłą królową. A do tego jej oryginalny charakter…
 - Dobrze, ale nie masz się oddalać. – mimowolnie westchnął. Kobiety kiedyś go wykończą. Zawrócił konia i ruszył galopem, wcześniej jedynie rzucając okiem na Arturię, czy aby na pewno jedzie za nim.
    Kobieta również popędziła galopem, gdy już księżniczka zsiadła z jej wierzchowca. Obydwoje chcieli jak najszybciej dotrzeć do centrum nieszczęścia i powrócić nim zapadnie kompletna ciemność. Po chwili zrównała się ona z rycerzem, jednak tylko na tyle aby być blisko w razie potrzeby.

    Miała bardzo złe przeczucie, co do tego wypalonego miejsca, piekła dla mieszkańców miast. Po plecach przeszedł jej nieprzyjemny dreszcz, o oczy zwęziły się na punkcie podróży. Już za niedługo dowie się, czy aby słusznie się martwiła.


Tak, skończyłam! Udało mi się i mam nadzieję, że mimo braku jakiejś walki, sam rozwój wydarzeń was zaciekawił. Bo trudno było mi stworzyć tu ciekawe dialogi, które zainteresują równie mocno jak porządna akcja, której na pewno nie zabranie w najbliższym rozdziale, który będzie już w kolejnym miesiącu ^^
Chcę również przeprosić, że jednak nie dodałam tego rozdziału w maju, ale wtedy miałam z pięć wyjazdów, więc rozumiecie. Niechęć do robienia czegokolwiek...
Mam nadzieję, że ktoś skomentuje, może być to coś motywującego, lub coś co sprawi, że schowam się w koncie i zacznę płakać. Ja chce komentarze więc spróbujcie! Na pewno przydadzą mi się słowa motywacji!
Więc proszę, aby czytelnicy (koś tam to czyta więc chyba mogę się tak zwrócić...) napisali jaki fragment, bądź też postać im się najbardziej podobała w bieżącym rozdziale lub tym poprzedzającym. Wiem, że was na to stać <3

~Sarabi

wtorek, 21 kwietnia 2015

Rozdział 1 "Los"


    Odgłos kropli deszczu uderzających o leśne poszycie roznosił się wśród pustych ścieżek utworzonych przez zwierzęta. Póki co była to zaledwie nieszkodliwa mżawka, ale zapewne za niedługo przerodzi się w prawdziwą ulewę z piorunami.
    Blondynka siedziała spokojnie oparta o wnętrze jednego z wiekowych drzew. W pniu rośliny powstała sporych rozmiarów wnęka, która utworzyła naturalną jaskinię chroniącą przed deszczem oraz wiatrem, które w innym przypadku były by dość dokuczliwe.
    Po przebudzeniu się w nieznanym jej miejscu Arturia wyruszyła na zachód. Określenie właściwego kierunku nie było trudne, porównała mech rosnący na korach kilku drzew szybko odnajdując północ. Wędrowała więc przez las dopóki się nie rozpadało. W tym czasie udało jej się przebyć długą drogę. Według jej wyliczeń musiała pokonać już około piętnastu do szesnastu kilometrów. Była już wyczerpana, ale i tak jej zdaniem był to krótki dystans jak na niespełna dzień drogi. Wywnioskowała, że powodem jej utraty formy mogło być cudowne zasklepienie ran. Mimo to problem ten powinien rozwiązać się samoistnie z biegiem czasu, jeśli tylko będzie uwzględniać w rutynie dnia ćwiczenia. Wtedy powróci jej wytrzymałość oraz sprawność, którą wyćwiczyła już w dzieciństwie.
    Jej myśli zboczyły na temat, aktualnie znacznie istotniejszy. A mianowicie było nim pytanie: „Co dokładnie zrobił Graal?”. Jest to bardzo istotna kwestia. W końcu mógł on sprawić, że odrodzi się -bądź jeśli ktoś woli; zjawi się- w jakimkolwiek miejscu i linii czasowej. Osobiście nie zdziwił by jej taki rozwój wydarzeń –doświadczyła w życiu zbyt wielu niedogodności i kawałów losu aby wierzyć niematerialnemu bytowi, który nie posiada żadnych ograniczeń. Zresztą nie trudno jest wywnioskować, ze była dla niego czymś w rodzaju taniej rozrywki. Lecz mimo wszystko, po cichu, gdzieś głęboko w środku żywiła nadzieję, że jednak to jej świat. Tyle tylko, że z drobną zmianą w postaci braku jej osoby jako władcy Anglii.
    Nie rozumiała również do końca o co chodziło w tych ostatnich słowach. Na pozór całkowicie jasnych. Jednak w jaki sposób miała wpłynąć na wydarzenie tej rzeczywistości i jaką rolę dla niej przygotowano? W końcu aktualnie znajdowała się ona w środku puszczy, a sądząc po bardzo gęstej i bujnej roślinności zaliczała się ona również do tych za gatunku: niezgłębione.
    Poprawiła się w siedzisku z trawy, gdy poczuła nieprzyjemne mrowienie w nogach oraz pośladkach. Nie było w tym miejscu zbyt dużego pola do manewru, musiała więc zadowolić się wyprostem nóg. Zmuszona była jednak by po chwili powrotem je zgiąć.
    Krzyk. Wysoki, piskliwy głos przedarł się przez nieustannie bębniące krople. Coś musiało się stać. I to raczej nie byle co. Nie powinno jej to aż tak zainteresować, ale bez zastanowienia wybiegła z ciepłej i przede wszystkim suchej kryjówki. Jej sumienie i honor nie pozwolą da zignorowanie osoby w potrzebie. Zbyt wiele razy już na mniej oczywiste sygnały gnała na ratunek.
    Biegła tak szybko jak tylko pozwalał jej teren zarośniętej puszczy oraz zdrętwiałe ciało. Ignorowała deszcz, który ponownie zdążył porządnie zmoczyć jej ubranie. Gdy po nie całym kwadransie sprintu -jeśli można tak nazwać bieg łeb, na szyję- udało jej się wybiec na otwartą przestrzeń uderzył ją podmuch lodowatego wiatru, choć w tej chwili co innego zajmowało jej nerwy.
    Znajdowała się na poboczu leśnej drogi, prowadzącej z północy na południe. Na środku traktu grupa ośmiu rzezimieszków otoczyła przejeżdżających tędy czworo podróżnych. Choć w tej chwil, został już tylko jeden. Blondyn o ciemnej karnacji trzymał w dłoni złotą bransoletę, musiała ona należeć do zakapturzonej kobiety, którą brutalnie trzymał za prawy nadgarstek. Gdy tylko dziewczyna się szarpała, w próbie wyswobodzenia, zbir tylko coraz mocniej wykręcał jej rękę. Niewątpliwe było, że to właśnie jej towarzysze leżeli teraz martwi w błocie. Gdy się im przyjrzało można było dostrzec zbroję pod długimi płaszczami. Definitywnie troje żołnierzy nie poradziło sobie z atakiem z zaskoczenia. Niestety dla nich równe to było utracie życia.
    Arturia ruszyła do ciał nieboszczyków. Przemykała skrajem lasu uważając na każdy krok, aby nie narobić niepotrzebnego hałasu. Ponieważ jak dotąd została niezauważona i lepiej, żeby na razie tak zostało. Niefortunne było by gdyby została zaatakowana bez oręża, czyli możliwości obrony.
    Nieopodal jednego z denatów leżał krótki, obustronny miecz. Nie mając w obecnej sytuacji lepszego wyboru chwyciła za rękojeść oręża oraz jego pochwę, którą odpięła cichaczem od pasa nieboszczyka. Broń nie była zła, ale mogła by być trochę lepiej wykonana i jak dla kobiety inaczej wyważona. Zwróciła wzrok ponownie na grupkę ludzi, w czasie gdy podnosiła się z kucek. Ostrze zostawiła opuszczone, dzierżąc je w prawej dłoni.
 - W ten sposób nie traktuje się kobiety. – gdy się odezwała jej głos był twardy i na pewno nie pasował do drobnej postury jej ciała.
    Wszystkie oczy zwróciły się w kierunku mokrej wojowniczki. Mimo natrętnych spojrzeń nie speszyła się. Miała już za sobą o wiele bardziej stresujące sytuacje.
 - A kim ty jesteś, żeby mi mówić ja się zachowywać? Lepiej zmykaj stąd mały zanim popełnisz poważny błąd. – warknął jeden ze złoczyńców skryty peleryną przed zacinającym deszczem. Miał mokre blond włosy, niechlujny zarost oraz szramę przebiegającą przez policzek, a w prawej dłoni trzymał uprzednio pochwyconą biżuterie. U pasa miał przytroczony miecz. Wydawał się być szefem tej zgrai.
 - Nie jest to istotna kwestia. Powinieneś interesować się tym, że nie pozwolę na kontynuowanie waszej roboty. Więc dobrze wam radzę.. – jej głos stał się lodowaty, chłodniejszy nawet od wiatru i deszczu, a zielone oczy przeszkliły mężczyzn na wskroś - ..Puśćcie ją.
 - Co powiedziałeś chłystku?! – zawołał inny zbrodniarz.
 - Dokładnie to, co słyszeliście.
 - Dosyć! – warknął już zdenerwowany herszt bandy. – Doigrałeś się!
    Pchnął kobietę w ręce innego ze swych towarzyszy, a skradzioną bransoletę schował do wewnętrznej kieszeni filcowego płaszcza. Bez większych ceregieli dobył miecza u pasa i ruszył szarżą. Celem był lewy bok przeciwniczki. Mimo nie małej siły którą zyskał z rozpędu, Arturia stała spokojnie na rozstawionych nogach i sparowała atak. Przy czym wydobył się charakterystyczny dźwięk stykających się dwóch ostrzy. Uznała jednak rezultatu za zadowalający. Z powodu braku możliwości użycia lewej ręki musiał się bardziej wysilić, pokazało to także jej wciąż nieodzyskaną siłę. W ciosie czuć było, że mężczyzna nie ma zamiaru przegrać i zrobi wiele by otrzymać zadowalający efekt. W takim razie ona również nie musiała się patyczkować.
    Cios wyprzedzał, cios. Złoczyńca okazał się nie zgorszmy szermierzem, ale i tak popełniał dużo błędów. Choć by to, że w czasie natarć stawiał na siłę uderzenia i w ogóle nie starał się przechytrzyć przeciwniczki. Wydawało mu się, że jest od niej o wiele lepszy. Jakże się omylił. Mimo iż wyglądało na to, że stawia czoła zdegradowanemu żołnierzowi nie był on w stanie dorównać jej w sztuce fechtunku. Nawet jeśli jej stan fizyczny był dość opłakany.
    Gdy wymienili już kilka pomniejszych ciosów zdecydowała, że czas zakończyć tę farsę inaczej mogło by się to źle skończyć. Przez nieuwagę mogło by dojść do tragedii. Wycelowała więc w prawy bok, w miejsce tuż poniżej żeber. Cios został sparowany, ale herszt nie mógł przewidzieć jej kolejnego posunięcia. Błyskawicznie zmieniła kierunek odbitego ostrza unosząc je nieco wyżej, aby tym razem zaatakować ramię prawej ręki, cięciem po skosie, z góry. Rzezimieszek nie był w stanie na czas przesunąć ręki, mimo wykonanego kroku w bok. Jednak w momencie gdy już prawie przesądziła o zwycięstwie poczuła straszny ból rozchodzący się z tyłu głowy. W miejscu gdzie kręgosłup stykał się z czaszką. Wstrząs można by porównać jedynie do mocnego uderzenia tępym narzędziem, na przykład łomem. Tyle tylko, że ten ból był co najmniej dwukrotnej silniejszy. Trudno było jej utrzymać przytomność, zaczęło robić się słabo, a koncentracja na wykonywanym ataku spadłą do minimum.
    Ostrze minęło swój cel o zaledwie kilka milimetrów. Ból tak zaślepił jej umysł, że tylko dzięki instynktowi udało się wojowniczce uniknąć wymierzonego w nią cięcia zdesperowanego zbira, dzięki obniżeniu głowy ku ziemi oraz zgięciu kolan. Kierowana dokładnie tym samym przeczuciem, wręcz machinalnie odwróciła się za prawym ramieniem, wokół własnej osi. Wykorzystała przy tym impet poprzedniego ataku. Powtórnie się wyprostowała, a ostrze uniesione poziomo pofrunęło ku szyi mężczyzny, tnąc jak siekiera masło skórę oraz przecinając tętnicę. Z arterii wypłynęła świeża krew opryskując nieznacznie jej twarz i ubranie. Jednak zniknęła ona po chwili, spłukana deszczem.
    Blondyn jeszcze przez chwilę trzymał się na nogach, a jego oczy stały się szerokie z niedowierzania. Jednak zaszkliły się niedługo później, broń wypadła mu z ręki i osunął nie z pluskiem w kałużę. Woda zaczęła przebarwiać się w brudną, mętną czerwień. Zaskoczeni obrotem wydarzeń pobratymcy denata nie myśleli racjonalnie. W tedy zapewne otoczyli by na raz blondynkę i wykończyli liczbą, a nie uciekli do lasu z tym co udało im się już zwędzić. Byle dalej od drobnej osoby.
    Otumaniona Arturia nie miała już siły utrzymać się na nogach. Przyklękła na jedno kolano, chwiejąc się przy tym niebezpiecznie. Miała nieregularny, płytki oddech. Czuła zawroty głowy oraz rzadką w jej przypadku skłonność do wymiotów. Miejsce jej męki wciąż pulsowało i niemiłosiernie paliło żywym ogniem. Jej dłoń bezwiednie powędrowała w tamto miejsce, ale czułe opuszki palców nie wykryły żadnego uszkodzenia. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ból pochodzi z wewnątrz. Choć wciąż niemiała najmniejszego pojęcia co było jego przyczyną. Było by śmieszne gdyby okazało się, że jest to niezwykle bolesna migren. Ale to nie ta strona czaski. Ona nawet jeszcze w życiu nie miała migreny, a co dopiero takiej, którą można porównać do uderzenia młotkiem i to nie przez jakieś chuchro.
    Wypuściła ze świstem wstrzymywane powietrze, aby uspokoić nerwy i trochę ulżyć sobie w cierpieniu. Pomogło. Gdy już w zadawalającym stopniu ból ustąpił, a przynajmniej zelżał na tyle by móc go skutecznie ignorować, wyciągnęła rękę w stronę trupa. Wsunęła ją pod płaszcz byłego herszta i po chwili wyciągnęła złotą bransoletę. Złożona była z dwóch okręgów, połączonych ze sobą sześcioma pomniejszymi kółkami. Zacisnęła zęby gdy wstawała, lekko się jeszcze przy tym chwiejąc. Wolnym krokiem podeszła do kobiet z twarzą okrytą kapturem. Stała na deszczu z delikatnie rozchylonymi ustami – bo zresztą tylko je było widać spod szarego materiału okrycia oraz suknię bordowej barwy, która u swojego rąbka miała wyszyte, złote motywy roślinne i była wiązana z przodu ciemnym rzemieniem. Z jej mowy ciała można było wywnioskować wiele rzeczy, choć by zmartwienie i starach.
 - Dziękuję za.. – jej delikatny głos zaciął się, gdy prawdopodobnie spojrzała na ciało mordercy - ..Za przybycie mi na pomoc. Jestem ci niezmiernie wdzięczna za ten gest Pa.. - powtórnie urwała zdanie z lekko rozdziawionymi ustami, dopiero teraz lustrowała wzrokiem tajemniczego wybawiciela. Po chwili jednak skończyła zdanie nanosząc konieczną poprawkę, a jej głos nieznacznie wyrażała swoje zaskoczenie z nutą podziwu - ..Pani.
    Blondynka oderwała spojrzenie od cienia rzucanego przez kaptur i przekierowała go na siebie. Ach, tak. Jej ubranie było doszczętnie przemoczone. Nietrudno więc było dostrzec kobiecą figurę, zazwyczaj dobrze ukrytą pod luźnymi koszulami oraz bandażami, obwiązanymi wokół klatki piersiowej. Teraz jednak mokry materiał przylgnął do niej jak druga skór. To kolejna oczywista rzecz, na którą nie zwrócili uwagi uciekający bandyci.
 - Nie jest konieczne mnie tak nazywać My Lady. – zwrotu grzecznościowego powinna w tym miejscu użyć bezprecedensowo. Wnioskować można było łatwo, że wykwintny ubiór kobiety był definitywnie oznaką przynależności do wyższych sfer. Wojowniczka wyciągnęła bransoletę w stronę damy. – Mniemam, że ta rzecz jest troją przynależnością.
    Wzięła ostrożnie ozdobę i umieściła ją ponownie na lewym nadgarstku. Przy okazji obdarowując byłego króla wdzięcznym uśmiechem oraz skinieniem głowy. Jednak po chwili ponownie zmieniła mimikę na zamyślenie.
 - Jak więc się zwiesz moja wybawicielko?
 - O..! – Co miała jej na to odpowiedzieć? Nie mogła tak po prostu wyjawić swojego imienia, a tym bardziej nazwiska. W końcu obydwie musiały znajdować się w Anglii, inaczej nie mogły by rozmawiać po angielsku*. A przecież istniała możliwość, że Graal ją oszukał. W tedy był by to nie mały problem. Jednak Arturia miała wrażenie, że nieznajoma kobieta nie należała do tego typu dam dworu, których życiowym powołaniem jest obmawianie każdego oraz wszystkiego co się dzieje. Pod względem przeczuć ufała sobie bezgranicznie. – Madame, czy mogłam bym prosić o przysługę?
 - Cóż to takiego? – zapytała ewidentnie zdezorientowała jej zmianą tematu.
 - Mogła byś zachować moje imię, przynajmniej na razie, dla siebie? – czując niewypowiedziane pytanie dodała z wahaniem – Jest ono.. dość oryginalne.
 - Oczywiście, przynajmniej tyle jestem ci winna. – odpowiedziała przytakując.
 - Dobrze. – mruknęła biorąc przy tym głęboki oddech. – Arturia. To moje imię.
    Ciemność kaptura skamieniała, niewątpliwie gdyby było widać jej twarz była by ona w tym momencie trudna do odczytania. Niespodziewanie, chwilę później wybuchła niekontrolowanym chichotem uginając się w pół. Był to na pewno wielki kontrast dla pola potyczki i jej ofiar. Więc oczywiste, ze ta reakcja już kompletnie zmyliła wojowniczkę z tropu. Jednak po kilku minutach opanowała nagły napad śmiechu, choć widocznie przyszło jej to z trudem. Jej dłoń zniknęła pod kapturem, prawdopodobnie wycierając łzy.
 - Przepraszam, ale to po prostu zbyt wiele. – dobyła głosu zaraz poczynając wyjaśnienia – Chodzi o to, że to niezwykłe mieć imię tak złudnie podobne do króla Brytanii, które i tak jest jedyne w swym rodzaju, a do tego być tak biegłym w sztuce fechtunku, jak ty Arturio. To doprawdy niesłychane.
    Aby nie stać bezczynnie w tym nieszczęśliwym miejscu spoczynku oraz moknąć na deszczu obydwie kobiety zgodziły się, że trzeba czym prędzej stąd odejść. Nieme zgody obydwu stron przeniknęły powietrza i panie ruszyły zabłoconą drogą. Z początku nieznajoma wyraziła swoje zmartwienie na temat przemoczonych ubrań blondynki, ale ta powiedziała by to zignorowała.
 - Mogę spytać czemu przeprawiałaś się przez ten las z tak kruchą eskortą? Musiałaś być przecież świadoma niebezpieczeństwa. Więc skąd taki pomysł? – ciągnęłam wojowniczka, zmieniając tor rozmowy oraz starając się zrozumieć tok myślenia i emocje, którymi kierowała się, od teraz, towarzyszka podróży.
 - Och.. – kobieta widocznie się zmieszała – Widzisz, po północnej stronie lasu, w jednej z wiosek miałam się spotkać miałam się spotkać z ludźmi podległymi mojemu nażyczonemu. Rozumiesz, że mam wyjść za mąż, a mężczyzna, który został mi wybrany martwił się o moje bezpieczeństwo. Więc obiecał eskortę. Właśnie w tamtym miasteczku miałam się z nimi spotkać, tyle że przybyłam tam przedplonowo. Po dniu oczekiwania pomyślałam aby wyjść im naprzeciw, ale nie był to zbyt trafny pomysł. Jak pewnie sama zauważyłaś. – uśmiechnęła się zakłopotana ze słyszalnym smutkiem w głosie.
    Arturia zauważyła, że z rozmysłem unika wyjawienia jakichś dokładniejszych informacji na temat swojego przyszłego męża. Nie widziała jednak w tym nic dziwnego. Mało jaki głupiec ujawnił by takie informacje dopiero co napotkanej osobie, nawet która uratowała jej życie. Już nie trzeba przypominać, że nie robi się tego samotnie wędrującej kobiecie o niewiarygodnym talencie szermierczym. Trzeba by być chyba niesamowicie ufnym. Postanowiła więc nie drążyć już tego tematu.
 - Rzeczywiście. Sądzę wiec, że powinnam towarzyszyć Pani w przekraczaniu puszczy, przynajmniej aż nie znajdziemy tej wspomnianej eskorty. Powinni być w stanie cię rozpoznać. – po chwili namysłu dodała – Oczywiście jeśli nie jest to dla ciebie ciężarem My Lady.
 - Nie mogła bym prosić o twój czas i zaniechać twojej podróży..
 - Nie, to żaden kłopot. – zapewniła kręcąc głową. – Nie mam wyznaczonego celu. A po drugie, czuła bym się źle zostawiając damę w takiej sytuacji.
    Kobieta wsłuchiwała się w słowa , zdziwiona rzadką w tych czasach troską o drugiego człowieka – nieznajomego – oraz honorem, który niewątpliwie miała idąca obok osoba. Sama spotkała niewielką grupkę osób o podobnym usposobieniu i przekonaniach, a na pewno żadna z tych postaci nie była płci żeńskiej.
 - Dobrze więc. Nie sądzę, że jestem w stanie zmierzyć się z taką argumentacją. – odetchnęła powietrzem po burzy. – Skoro więc podróżujemy razem, ja też muszę się poprawnie przedstawić.
    Spod kaptura wyjrzała para błękitnych oczu, mieniących się w barwie oceanu.
 - Nazywam się Ginewra, księżniczka Cameliardu.
    Trudno jest dokładnie opisać co pomyślała mistrzyni miecza, ale pewne było, że już wie dlaczego miała takie znajome odczucie. „Ginewra.., jesteś zbyt ufna” przeleciało jej przez umysł w tej bombie wiadomości.



Dziękuję wszystkim za cierpliwość i już wyjaśniam to opóźnienie.
♦Mam szlaban od prawie dwóch tygodni i będzie trwać jeszcze do soboty ( w najlepszym wypadku...).
♦ Plus na początku maja jadę do Czech, a końcówka maja do 1 czerwca będę przebywać na Łotwie. Postaram się przepisać rozdział na najbliższy miesiąc, choć jest on dopiero "wymyślany", bo posiadam 1/3 strony zeszytowej.
Czekam na opinię i wasze cudne skojarzenia co do tego co się wydarzy dalej, albo jakieś pomysły. Zawsze jest szansa, że któryś sobie pożyczę. Oczywiście wcześniej zapytam. ^^
O i ten rozdział zajął praktycznie 5 stron World'a :)

~ Sarabi

środa, 18 marca 2015

Prolog "Poczucie humoru"

    Ciemność. To było wszystko, co można dostrzec w promieniu kilometrów. Choć równie dobrze mogło by to być kilkadziesiąt metrów gęstej i czarnej jak smoła nicości. Trudno to stwierdzić z braku punktów orientacyjnych, gdyż nic nie było w stanie przebić się przez wszechogarniający mrok.
    A jednak, wśród tego morza czerni tlił się delikatny, złoty blask. Nikły, ale jednak wystarczył by zasiać nadzieję. Bo akurat to światełko było jej uosobieniem. Uosobieniem wiary w pewne pragnienie, które wydawać by się mogło bezsensowne dla zwykłego człowieka. Jednak nie dla osoby, która znajdowała się w epicentrum światła.
    Drobna kobieta, skulona jakby próbowała odciąć się od otaczającej ją rzeczywistości. Rozpuszczone, jasne blond włosy wiły się wokół jej twarzy, a granatowa suknia, kiedyś pewnie pięknie zdobiona, teraz była podarta, poplamiona krwią i oblepiona brudem. Z pomiędzy rozdarć w ciemnym materiale było widać wciąż otwarte, cięte rany. Na jej porcelanowej skórze widniało wiele siniaków oraz zadrapań pokrytych kurzem.
    Mimo tak opłakanego stanu ciała, jej umysł wierzył, że wciąż ma szansę na zmianę swojej tragicznej przeszłości. Nie chciała jednak uczynić tego dla siebie, ale dla wielu ludzi których zawiodła. Dla tych setek, tysięcy, a może i jeszcze większej liczby osób, które poszły za nią, aby wyzwolić najeżdżaną Brytanię… Choć nie, właściwie nie za nią, a za „Królem”. Potężnym i niezwyciężonym wojownikiem, który wyciągnął Święty Miecz z kamienia. „Synem” zmarłego monarchy Uther’a. Wielkiego władcy Artura Pendragona. A nie za głupią kobietą, która sama obarczyła się ciężarem władzy. Choć niezamierzenie, zawiodła i oszukała tych ludzi. Zamiast zasiać pokój na ziemi sprawiła, że z jednej wojny rodziła się druga, która pochłaniała jeszcze więcej ofiar. Nie zasłużyła by na jej głowie spoczęła korona i odpowiedzialność za lud, która się z nią wiązała. Nie zasłużyła na uśmiechy i wierność, które dawali jej rycerze. Zamiast złączyć, podzieliła. Nawet tych najbliżej jej sercu, którzy zawsze wspierali ją i jako jedni z nielicznych starali się zrozumieć.
    Dlatego właśnie jej życzeniem było, aby nie zasiąść na tronie i nie wyciągnąć Świętego Ostrza, miecza Caliburn’a. Jej miejsce powinien zająć ktoś bardziej tego godny. Osoba, która nie popełniła by tak błahych błędów, o niewiarygodnym znaczeniu.  Człowiek, który nie musiałby tak jak ona oszukiwać swoich poddanych i podawać się za mężczyznę.
    Jednak jej cała wiara gasła, tak samo jak złote światło wokół jej poranionej osoby. Powoli zanikało, narażając  na kontakt z czernią, która ją pochłonie i sprawi, że już przez resztę dni jej dusza będzie błądzić po Avalon. Strapiona wykrzywionymi twarzami ludzi, których zawiodła.
    Wcześniej prawie jej się udało dotrzeć do celu. Gdyby tylko wtedy miała szansę na dotknięcie Graala. Wtedy jej sen by się ziścił. Nie obchodziła ją cena za ten cud, ani kim się stanie jeśli to nadejdzie. Mogła nawet już nie istnieć w tym świecie, czy innym. Miało to dla niej znikome, prawie żadne znaczenie w porównaniu do ogromu skruchy przepełniającą kobietę.
 - Aż tak bardzo pragniesz zmiany swego losu? – głos nie dobywał się z jakiegoś określonego miejsca. Przepełniał jakby całą przestrzeń, a samego jego tonu czy czegokolwiek charakterystycznego (oprócz jego samego) nie było się w stanie określić, czy wychwycić. On po prostu istniał w tej pustce, przeszywając umysł młodej kobiety, której dotychczas zamknięte powieki lekko się uchyliły.
 - Jesteś bardzo interesującą osobą. – ciągnął dalej niematerialny byt, a blask nieustannie nikł, z chwili na chwilę. – Spełnię twoje pragnienie, Arturio Pendragon, Królu Rycerzy.
    Po tych słowach złote światło zaczęło rozszerzać się w przerażającym tempie, pochłaniając mrok. W tym momencie zdała sobie sprawę kto do niej mówił. Ten głos nie należał do osoby, ale do unikalnej rzeczy. Do Świętego Graala. Kielicha, który był w stanie sprawiać cuda.
 - Ale pamiętaj, że to ty zdecydujesz o zakończeniu tej historii…


    Arturia otworzyła parę zielonych oczu o błękitnym połysku. Jej wzrok powoli się wyostrzał rejestrując szczegóły otoczenia.
    Leżała wśród mchu i koniczyny, twarzą do ziemi. To posłanie wydało jej się niezwykle wygodne, przewróciła się więc na plecy. Znajdowała się w lesie otoczona drzewami, które mieniły się już w ciepłych, jesiennych barwach. Mimo to spora ilość drzew miała wciąż na sobie soczystą zieleń. Z tych czynników łatwo wywnioskowała, że jest najpóźniej październik.
    Machinalnie dotknęła miejsca w boku, gdzie powinna znajdować się śmiercionośna rana. Lecz dłoń na
trafiła tylko na materiał płóciennej koszuli przepasanej skórzanym pasem. Sprawdziła również miejsca pozostałych obrażeń, lecz nie pozostały nawet siniaki.
    To nie była jedyna nowość. Zamiast jej zniszczonej suknie miała na sobie prosty, chłopski strój. Składał się on z białej koszuli, pasa, tkanych brązowych spodni oraz wysokich, bo sięgających kolan, skórzanych butów o miękkich podeszwach. Oprócz tego jej proste włosy zostały związane granatową wstążką w niski, koński ogon sięgający łopatek.
    Gdy mogło by się wydawać, że wszystko co istotne zostało już przez kobietę zbadane jej wzrok powędrował na niewielki prześwit pomiędzy liśćmi. Mimo pozornego spokoju na twarzy, jej umysł starał się zrozumieć słowa wypowiedziane w pustce, a pochmurne niebo wydawało się idealne by spoczął na nim wzrok sfrustrowanego umysłu.

 - Zanosi się na burzę. – wyszeptała.


I oto pierwszy wpis o historii - prolog. 
Mam nadzieje, że jest on na tyle przejrzysty na ile to możliwe. Musiałam go trochę przeredagować, a i tak wyszedł krótki :P Wiem, że puki co jest mało interesujące, ale akcja pojawi się już w pierwszym rozdziale, a już sporo jej będzie w trzecim. Więc proszę niech ktoś się zainteresuje i skomentuje. To dla mnie ważne!

~ Sarabi

wtorek, 17 marca 2015

Ogłoszenie Parafialne

Witam wszystkie zabłąkane duszę, które jakimś niespotykanym trafem natrafiły na ten blog. 

Nie jestem profesjonalistką i jest to moja pierwsza strona, którą postanowiłam się zająć na poważnie. Miałam już wcześniej jedną, ale to bardziej na ogarnięcie się co i jak, a nie na coś z czym chcę wytrzymać około roku. Sądzę więc, że przydadzą się wam krótkie informacje wstępne:
O samym blogu, jego przeznaczeniu i kilku innych wiadomościach możecie poczytać w zakładce O Blogu. Mam nadzieje, że się przyda.
Na temat postępów w pisaniu, etapie w jakim znajduje się aktualny rozdział jest zakładka Archiwum. Puki co przepisuję wszystko na komputer więc trzeba jeszcze trochę poczekać  :)

Pozdrowienia
~ Sarabi